Konie: *Might Fighter, *Boufarik, Ash Winder, Soham, *Summer Wine
Jeźdźcy: Agness, Liv, Esmeralda, Antek, Łukasz
Dyscyplina: rajdy (trening kondycyjny)
Miejsce: tereny wokół Anarkii
Czas: 2,5 godziny
Dziś mieli przyjechać do nas goście. Od rana sprzątaliśmy więc stajnię, żeby o 10 przywitać dwie amazonki z Estrelli - Agness i Liv. Dziewczyny szybko wypakowały swoje konie i zaprowadziły je do wskazanych boksów. Z ciekawości zerknęłam co za perełki przywiozły. Pierwszym z nich był słynny arab Boufarik, a drugim piękny achał Might Fighter. Konie dostały siana i trochę spokoju, żeby odpocząć po podróży. My natomiast poszliśmy do domu na mrożoną herbatę i kanapki. Pogadaliśmy też o naszych koniach - w jakiej są kondycji, z czym mają problem i nad czym chcielibyśmy popracować. Miało to na celu ustalenie jak najlepszej trasy i dystansu treningu, tak żeby nie nadwyrężać żadnego z koni, ale też żeby nie było im za łatwo. Dowiedziałam się kilku przydatnych rzeczy, między innymi że Might Fighter ciężko dogaduje się z innymi końmi i jest okropny w obejściu ale miły do jazdy. Natomiast Boufarik został przedstawiony jako koń na raczej krótsze rajdy, ale z dobrą kondycją i nastawieniem do pracy. Zestawiłam to z charakterystycznymi cechami naszych trzech rumaków i miałam już jakiś ogólny pogląd na sprawę. Wytyczyłam na mapie ścieżkę, pokazałam ją wszystkim i przestrzegłam że gdyby któryś z koni wykazywał oznaki nadmiernego zmęczenia od razu zmodyfikujemy trasę, ale trzeba mi o tym dać znać.
Jakieś dwie godziny później poszliśmy do naszych rumaków. Podczas czyszczenia Soham i Might Fighter zachowywali się okropnie, więc Antek i Liv odeszli od nas dalej żeby nie straszyć tych grzecznych koni. Agness gdy tylko skończyła czyścić araba podeszła do siostry i pomogła jej spacyfikować achała. Razem jakoś dały radę i już po chwili Might wraz z innymi końmi stał osiodłany.
Dosiedliśmy rumaków i ruszyliśmy w trasę. Przewidywałam spokojny trening kondycyjny, raczej po płaskim terenie, ale w górach niemożliwe jest jechać dwie godziny po płaskim, więc jakieś górki oczywiście też się musiały zdarzyć.
Ustawiliśmy możliwie jak najlepszy zastęp, czyli na przodzie postawiliśmy Sohama, głównie z dwóch powodów - Antek nie utrzymałby go za innymi końmi, a po drugie chłopak znał wszystkie trasy i praktycznie nigdy się nie gubił. Za nim postawiliśmy Might Fightera, bo Liv mimo wszystko była jeszcze dzieckiem i mimo że z tego co widziałam na wielu zawodach dziewczyna jeździła bardzo dobrze, to jednak wolałam zachować bezpieczeństwo. Za nim szły jeden za drugim dwa araby czyli Boufarik i Agness oraz Kasztanek i Łukasz. Mi i Ashowi przypadło zamykanie zastępu, co mi w zupełności pasowało, bo mogłam dzięki temu wszystko widzieć i ewentualnie zareagować.
Tradycyjnie ruszyliśmy leśną ścieżką w stronę łąki. Na razie jechaliśmy stępem, żeby konie mogły się porządnie rozgrzać i rozstępować. Pogoda była idealna, nie za zimno ale też nie za gorąco. No normalnie jakby ktoś zamówił ją specjalnie dla nas!
Na łące ruszyliśmy powolnym kłusem. Każdy jeździec miał za zadanie jechać równym tempem jak najbardziej odpowiednim i naturalnym dla danego konia, ale jednocześnie żwawo. To oczywiście zmieniło trochę kolejność koni. Soham wciąż pozostawał na przodzie, ale za jakiś czas na pewno się zmęczy, bo jest to koń absolutnie nie umiejący trzymać tempa. Za nim jechał Boufarik, który jako koń na krótsze dystanse poruszał się trochę inaczej niż konie długodystansowe. Za nim jechali właściwie jeden obok drugiego Might Fighter i Summer Wine. Ja wciąż trzymałam się na końcu, żeby mieć widok na wszystko. Ah trochę stresował się faktem, że inne konie są tak blisko niego, a w dodatku połowy z nich nie zna, ale zachowywał spokój czym bardzo mi zaimponował. Skarciłam się w myślach, że nie wierzyłam dziewczynom z Estrelli że tak okropny w obsłudze koń jak Might Fighter może być przyjemnym koniem do jazdy. Najwyraźniej się myliłam, bo zarówno Liv jak i jej rumak wyglądali na wyluzowanych i zadowolonych.
Na końcu łąki zjechaliśmy wolnym kłusem w dół i jechaliśmy dalej po leśnej ścieżce. Trening polegał na pokonywaniu coraz dłuższych odcinków kłusem przy jednoczesnym zachowaniu równego tempa, więc staraliśmy się nie przechodzić do stępa. Jechaliśmy więc kłusem dobre 20 minut po czym przeszliśmy do stępa, żeby chwilę odpocząć. Wszystkie konie kondycyjnie dawały radę, co bardzo mnie ucieszyło bo wyglądało na to, że nie będziemy musieli zmieniać planów. Jechaliśmy stępem po kamienistej ścieżce, z którą rumaki poradziły sobie bez problemów. Po ponownym wjechaniu na bezpieczny piach zakłusowaliśmy. Soham przestał już kozaczyć i widać było że najwyraźniej spalił nadmiar energii, ale i tak musiał iść pierwszy bo Antek znał trasę. Za nim jechała Liv i Might Fighter, który parskał radośnie i pięknie się poruszał. Następnie dwa kasztanowate araby, które chyba się zakumplowały bo w ogóle nie przeszkadzało im że idą zdecydowanie za blisko siebie. Ash jechał ostatni i chyba zaczynało mu się to podobać, bo w ogóle nie próbował wyprzedzać innych. Z całej stawki koni on chyba najpóźniej zaczął karierę i mógł pochwalić się najmniejszym doświadczeniem.
Ten odcinek kłusa był już 30-minutowy. Konie szły wciąż takim samym tempem i nie okazywały zmęczenia. Tak samo z resztą jak jeźdźcy, jednak z grzeczności pytałam co chwilę czy wszystko w porządku, czym chyba zaczęłam irytować towarzystwo.
Niestety gdy zbliżaliśmy się do końca wyznaczonego czasu okazało się że rzeczywiście w górach nigdy nic nie wiadomo i nagle przed nami wyrosła gigantyczna kałuża. Najpierw nie mogłam się połapać dlaczego ona tu jest, ale Łukasz uświadomił mi że ta wielka dziura w ziemi w którą tak fajnie się wgalopowuje w połączeniu z ostatnimi deszczami rzeczywiście mogła dać taki wynik. Uprzedziłam towarzystwo że możemy spędzić tu więcej czasu, bo jesteśmy tak oryginalni w doborze koni, że mamy rajdowca który nie lubi wody. I faktycznie Soham robił wszystko, żeby tylko nie wejść do wody. Stawał dęba, zawracał, cofał się... Kurcze, ale siara! Agness chyba zauważyła moją minę, bo zaśmiała się i zapewniła że Soham był przecież u niej na zawodach i wyciął taki sam numer. Rzeczywiście, zupełnie o tym zapomniałam! W końcu Antek zsiadł z Sohama, zdjął buty, wszedł do wody która sięgała mu do kolan i próbował wciągnąć konia za sobą. Agness i Liv wjechały do wody, żeby dać dobry przykład, a Łukasz wjechał Kasztankiem za zad Sohama, żeby go popchnąć. Soham w końcu wszedł a kiedy już wszedł starał się jak najszybciej wyjść, ale został zmuszony do postania chwilę w wodzie. Kiedy się uspokoił Antek wyprowadził go z wody, założył buty i wsiadł na jego grzbiet. No dobra, kontynuujemy.
Uznaliśmy ten incydent jako przerwę, więc od razu po wyjechaniu z wody ruszyliśmy kłusem. Soham był obrażony i chciał skopać inne konie. Might Fighterowi się to nie spodobało i strasznie zaczął się szczurzyć. Do tego stopnia że ugryzł Sohama w zad. Soham mu oddał i tak zaczęła się walka. Liv jednak nie dopuściła do tego energicznie ściągając wodze achała i robiąc większy odstęp. W ten sposób zmieniła się trochę kolejność, bo na drugą pozycję wysunął się Kasztanek, za nim jechał oczywiście jego nowy przyjaciel Boufarik. W ten sposób Liv znalazła się przede mną. Na szczęście achał już się uspokoił i nie atakował ani Boufarika ani Asha. Sohamowi też już chyba przeszło.
Po 40 minutach kłusa przeszliśmy do stępa. Ponownie dokładnie przyjrzałam się wszystkim koniom. Boufarik prezentował pierwsze oznaki zmęczenia. Zagadałam więc do Agness co sądzi ona o dalszym treningu. Odpowiedziała, że możemy zrobić jeszcze jedną "czterdziestkę" w takim samym tempie, że Boufarik to twardziel i da radę. Zrobiliśmy jednak dłuższy niż poprzednio odpoczynek w stępie, a potem ponownie ruszyliśmy kłusem.
Antek powoli zaczął zawracać robiąc wielkie koło, ale ogólnie kierując się w stronę stajni. Soham też zaczął już wyglądać na zmęczonego. Antek jednak dzielnie starał się żeby marwari szedł wciąż tym samym tempem. Might Fighter trzymał się dobrze, szedł cały czas równym tempem i jego chody wciąż były elastyczne i mocne. Boufarik zaczął trochę słabnąć, ale mocno się trzymał. Agness oświadczyła że jest z niego dumna, bo przecież całkiem nieźle się trzyma w konfrontacji z końmi chodzącymi dłuższe dystanse. Musiałam przyznać jej rację, szczególnie że byłam przekonana, że kasztanowaty arab "odpadnie" dużo wcześniej. A okazało się że w ogólnym rozrachunku przejechaliśmy dokładnie taki sam odcinek jaki miałam w planach.
Koniec kłusa wypadł akurat dokładnie przy wjeździe na łąkę, więc stępem wjechaliśmy na nią i na całej jej długości jechaliśmy już stępem i daliśmy koniom spokój. Chcieliśmy bardzo dokładnie je występować, bo zaczynały być już mokre. W czasie naszego treningu słońce zaczęło dawać niezłego czadu i zrobiło się całkiem gorąco. Daliśmy koniom luźne wodze i dyskutowaliśmy o treningu, koniach, zawodach, jedzeniu i ogólnie o wszystkim o czym normalni ludzie mówią po przejechaniu tylu kilometrów na końskim grzbiecie.
Pod stajnią zsiedliśmy z koni i bardzo dokładnie sprawdziliśmy ich stan. Wyczyściliśmy im kopyta, umyliśmy nogi na myjce, sprawdziliśmy plecy i dokładnie obejrzeliśmy skórę w poszukiwaniu otarć. Wszystkie konie były w porządku, tętno też im spadło.
Dziewczyny zaprowadziły Might Fightera i Boufarika do stajni, a my wypuściliśmy Kasztanka, Asha i Sohama na pastwisko. Konie gości dostały siano, ale w sumie były bardzie zainteresowane wodą niż jedzeniem. Tak samo z resztą jak my, bo od razu udaliśmy się do kuchni po coś zimnego do picia.
Super opis, dziękuję bardzo :D a Farik jaki dzielny, dał sobie maleńki radę ;)
OdpowiedzUsuńW piątek zaczynam pisać pierwszy trening :)