sobota, 8 lipca 2017

DZIENNIK 08.07.2017

Wakacje trwały w najlepsze. Mieliśmy właśnie u siebie 1. turnus obozowy i mimo że to głównie Gosia i Łukasz odpowiadali za dzieci, to i tak czułam się bardzo zmęczona tym tłumem ludzi. Starałam się jednak być miła i pomocna w razie czego. 
Dzień zaczął się dobrze - Gosia zabrała jedną z grup obozowych na jazdę na placu na hucułach ze stada Assassina, a Łukasz został z resztą dzieci w stajni i z tego co udało mi się podsłuchać to robił im wykład na temat żywienia koni. Dodatkowo udało mi się odrobaczyć wszystkie nie-kopytne zwierzaki. No sukces pełną parą. 
Około godziny 10 postanowiłam wziąć Ruggeda na lekką jazdę, bo podobno były z nim ostatnio jakieś problemy. Chodziło mianowicie o to, że wałach odmawiał ruchu na przód, stał się trochę leniwy i uparty. Pomyślałam, że w sumie żaden problem. Zabrałam z siodlarni kantar i uwiąz i poszłam na pastwisko po wałacha. Dał się bez problemu złapać, ale w stronę stajni szedł bardzo niechętnie. Szedł powoli, co chwilę się zatrzymywał i ogólnie był jakiś taki nie swój. Zrzuciłam to jednak na dość wysoką temperaturę i kontynuowałam ciągnięcie quartera w stronę stajni. Tam go przywiązałam, szybko wyczyściłam i osiodłałam. Ten pośpiech był dużym błędem, bo gdybym była bardziej uważna, może nie nastąpiłoby to co nastąpiło. 
Wsiadłam na konia i skierowałam się w stronę łąki. Rugged faktycznie nie za bardzo chciał iść do przodu. Jednak mocna łydka i lekkie użycie bata zadziałało i wałach ruszył. W drodze na łąkę szedł powoli i był jakiś taki sztywny. Postanowiłam jechać jednak dalej, mimo że szczerze mówiąc zaczynałam się niepokoić. 
Na łące jeszcze chwilę stępowałam. Starałam się wydłużyć krok wałacha, ale Rugged w ogóle nie reagował. Coś zdecydowanie było nie tak... Zakłusowaliśmy. I wtedy poczułam, że wałach mocno kuleje na lewy przód. No tak, przecież to jest właśnie ta noga która kilka lat temu była tak często kontuzjowana. Biedny Rugged ledwo szedł a ja po raz kolejny zaczęłam przeklinać w głowie własną głupotę i roztargnienie. Rugged nie był leniwy, on po prostu miał nawrót kulawizny, i to kulawizny dość konkretnej. 
Przeszłam do stępa, zeskoczyłam z wałacha i wyciągnęłam z kieszeni komórkę. Szybko wykręciłam numer do naszego weterynarza. Na szczęście odebrał dość szybko, więc od razu wytłumaczyłam mu jak się sprawa ma. Niestety weterynarz mógł do nas przyjechać dopiero po 14, a do tego czasu kazał schłodzić koniowi nogi i postawić go w boksie. 
Poszliśmy więc z Ruggedem powoli w stronę stajni. Przez całą drogę przepraszałam go za moją głupotę i za to, że nie domyśliłam się, że kulawizna wróciła. 
Pod stajnią Antek czyścił właśnie Czira, a gdy mnie zobaczył popatrzył na mnie z pytającą miną. 
- Rugged kuleje - odpowiedziałam zatrzymując wałacha i schylając się do kontuzjowanej nogi. Ścięgno bardzo mocno grzało i tylko totalny idiota nie wyczułby tego czyszcząc konia. 
- Dzwoniłaś do weta?
- Tak, ale będzie dopiero po 14. Muszę mu umyć nogi. 
Antek ściągnął siodło z Ruggeda i zaniósł je do siodlarni. Ja z kolei zabrałam wałacha na myjkę i dokładnie opłukałam mu nogi. Nie było opuchlizny, a noga dzięki chłodnej wodzie przestała tak grzać. Odprowadziłam wałacha do stajni i nakazałam wszystkim których spotkałam po drodze (czyli Antkowi i Maćkowi), żeby zerkali od czasu do czasu na quartera i jakby się coś działo - wołali mnie. 

***

O 14.45 przyjechał weterynarz. Dokładnie zbadał Ruggeda, ale znał już tego konia wcześniej i wiedział czego się spodziewać. Okazało się, że kontuzja ścięgna się odnowiła. Weterynarz dał wałachowi leki i nakazał tygodniowy areszt boksowy oraz chłodzenie koniowi nóg glinkami i opatrunkami. 
Rugged był 16-letnim koniem który w życiu przeszedł już sporo kontuzji, a większość z nich dotyczyła tej właśnie nogi. Weterynarz był bardzo ostrożny z odpowiedzią na pytanie czy Rugged jeszcze będzie mógł chodzić pod siodłem szybciej niż kłusem. Powiedział, że na razie musimy stosować się do jego zaleceń i czekać. 
Umówiliśmy się na kontrolę za tydzień, wykupiliśmy leki, zapłaciliśmy za wizytę. Antek został w stajni głaszcząc delikatnie Ruggeda po czole, a ja odprowadziłam weterynarza do auta. Weterynarz odjechał, a ja nie wiedziałam co mam teraz zrobić. Po chwili jednak stwierdziłam, że muszę być twarda i wróciłam do stajni. Tam Antek kończył właśnie zawijać Ruggedowi nogę. Wałach jak zwykle był bardzo spokojny i starał się być dzielny, choć widać było, że cierpi. Czemu nie zauważyłam tego wcześniej? Zawsze jest się mądrym po szkodzie, coś w tym jest. 
Zostawiliśmy Ruggeda w stajni i poszliśmy do apteczki sprawdzić czy mamy wszystkie potrzebne leki. Gdy ja przeszukiwałam szafkę Antek napisał na kartce notatkę na temat tego jakie leki i kiedy trzeba dawać Ruggedowi oraz zapisał obok numer telefonu weterynarza, który dziś u nas był. Kartka wylądowała na tablicy korkowej. 
Na razie mieliśmy wszystko co było nam potrzebne i postanowiliśmy póki co nie jechać do apteki. 
Zaczęłam się zastanawiać czy w tym roku nie wyślemy na emeryturę o jednego konia więcej niż planowaliśmy. 

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz