Konie: Assassin, Fatalita
Jeźdźcy: Esmeralda, Antek
Dyscyplina: skoki (LL)
Miejsce: ujeżdżalnia z przeszkodami, Anarkia
Czas: 1,5 godziny
Jechaliśmy autem na padok Assassinów ze spakowanym sprzętem Fatality i ogiera. Mieliśmy bardzo ambitny plan poskakania mimo dość średniego podłoża.
Na miejscu Antek zaczął wypakowywać sprzęt a ja poszłam po konie. Na szczęście nie stały daleko i nie musiałam ich jakoś szczególnie długo szukać. Same do mnie podeszły, co też było dużym ułatwieniem. Pogłaskałam wszystkie hucułki po kolei, a Assassinowi i Fatalicie założyłam kantary. Trzymając jednego konia w jednej ręce, a drugiego w drugiej poprowadziłam je w stronę bramki. Tam już czekał na mnie Antek, który otworzył bramę, żebyśmy mogli spokojnie przez nią przejść, a po zamknięciu jej przejął ode mnie Fatalitę. Postanowiliśmy dziś się zamienić końmi, tak dla odmiany.
Assassin przy czyszczeniu trochę się wiercił, ale konsekwentnie go czyściłam, więc po chwili się uspokoił i pozwolił mi działać. Fatalita jak zwykle zachowywała spokój.
Po chwili wsiedliśmy na konie i ruszyliśmy w stronę ujeżdżalni, na której wcześniej porozkładaliśmy przeszkody.
Jechałam pierwsza na Assassinie. Ogier był bardzo pobudzony, ale mimo to słuchał się mnie i zwracał uwagę na moje polecenia. Antek jechał na Fatalicie na zupełnie rzuconej wodzy wydłużając sobie strzemiona. Już zapomniałam jak śmiesznie wygląda na tych mniejszych hucułach, na których często zdarza mu się podczas skoku zrzucać drąg stopami.
Dojechaliśmy na ujeżdżalnię, gdzie każde z nas samodzielnie rozgrzało konia w trzech chodach. W stępie Assassin był grzeczny, ładnie się wyginał, zatrzymywał i ogólnie reagował na moje polecenia. W kłusie zaczęły się schody, bo Assassin nagle postanowił się ze mną kłócić. Wieszał się na wodzach, przyspieszał, wymachiwał łbem i co chwilę próbował zagalopować. Jednak ja konsekwentnie kazałam mu jechać kłusem, a gdy ogier za bardzo się rozpędzał kazałam mu ostro zakręcać albo zmieniać kierunek. Po kilkunastu minutach dogadaliśmy się i mogliśmy w spokoju kontynuować rozgrzewkę.
Zerknęłam na Fatalitę i Antka. Chłopak strasznie śmiesznie wyglądał na niedużej Fatalicie. Jednak klacz wyglądała na bardzo zrelaksowaną i spokojną. Antek trzymał minimalny kontakt na wodzach dając klaczy dużo swobody, ale jednocześnie pilnując, żeby szła odpowiednim tempem. A jak na nią szła na prawdę żwawo, mimo że jej jeździec nie miał ani ostróg ani bata. Klacz opuściła głowę, oparła się lekko na wędzidle i nawet zaczęła podstawiać zad. No nieźle.
Przyszedł czas na galop. Oboje zmieniliśmy chód praktycznie w tym samym momencie, ale o ile Antek i Fatalita mogli sobie w spokoju pracować nad różnymi elementami od razu, to ja i Assassin musieliśmy się najpierw pokłócić. Ogier koniecznie chciał galopować jak głupi przed siebie, a ja koniecznie chciałam, żeby jednak robił to po kole i trochę wolniej. Na szczęście po jakimś czasie dogadaliśmy się i galopowaliśmy w normalnym tempie. Udało nam się nawet zrobić lotną zmianę nogi w galopie.
W końcu przyszedł czas na skoki. Tym razem postanowiliśmy poskakać oddzielnie, żeby Assassin się nie nakręcał, a Fatalita mogła w spokoju skupić się na aspektach technicznych. Zagalopowałam więc i skierowałam ogiera na pierwszą przeszkodę którą była stacjonata o wysokości 40 cm. Bardzo niska, ale od czegoś trzeba zacząć. Assassin bardzo się nakręcił, ale skoczył bardzo płasko, tak jakby tej przeszkody właściwie tam nie było. Następna przeszkoda to znów stacjonata, trochę wyższa. Tym razem Assassin skoczył już ładniej, a mi przestało przeszkadzać, że tak się nakręca. Następnie niski mur, o wysokości około 60 cm. Tym razem Assassin skoczył na prawdę ładnie, więc po wylądowaniu pogłaskałam go po szyi i od razu pojechaliśmy do następnej przeszkody - krzyżaka który również mierzył 60 cm. Assassin skoczył bez marudzenia, za co znów go pochwaliłam. Następnie kolejna stacjonata, już z tych wyższych - 70 cm. Ogier wybił się bardzo ładnie, ale niestety chyba zahaczył nogą w drąg, który spadł. Na szczęście Antek który akurat stępował przyglądając się Assassinowi stwierdził, żebym jechała dalej, a on podniesie drąg. Podziękowałam mu i pojechałam dalej. Zrobiłam koło i najechałam jeszcze raz na tę samą przeszkodę, tym razem tuż przed skokiem przycisnęłam łydki do boków ogiera. Nie było to jednak konieczne, ponieważ Assassin sam doskonale wiedział jak poprawić skok. Potem przeskoczyliśmy jeszcze kilka przeszkód o wysokości od 70 do 90 cm. Assassin skakał na prawdę ładnie. Przestał się już tak bardzo nakręcać, ale wciąż miał siłę, energię i pasję do skoków. W końcu przeszłam do kłusa.
Antek z Fatalitą wciąż skakali. Chłopak pracował głównie nad najazdami, wybierając te niższe przeszkody, ale skupiając się na tempie i miejscu odbicia. Dawno nie widziałam Fatality tak mocno zaangażowanej w trening. Skakała z lekkością, galopowała na prawdę żwawo i równo, a odbijała się zawsze w dobrym miejscu. Przy tym wszystkim była rozluźniona, zadowolona i wciąż nastawiała uszy do przodu w kierunku następnych przeszkód. Po chwili oni też przeszli do kłusa. Pokłusowaliśmy oba konie jeszcze chwilę na luźnej wodzy, po czym przeszliśmy do stępa i wyjechaliśmy z placu. Ruszyliśmy w drogę powrotną na pastwisko.
Tam rozsiodłaliśmy konie, sprawdziliśmy im kopyta, po czym puściliśmy rumaki luzem. Następnie zapakowaliśmy cały sprzęt do auta i ruszyliśmy w drogę powrotną do stajni.
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz