poniedziałek, 20 listopada 2017

Trening rajdowy Mandy, Tuwa, Sohama




  

Konie: Mandara Al Shabat SA,  Tuwaisan SA, *Soham
Jeźdźcy: Łukasz, Esmeralda, Darek
Dyscyplina: rajdy (praca na górkach)
Miejsce treningu: tereny wokół Anarkii
Czas: 2 godziny


Byłam dziś dość mocno zmęczona. Właśnie odniosłam cały sprzęt do siodlarni po treningu z hucułami i marzyłam, żeby siąść na dupie i wypić herbatę. Niestety do stajni właśnie przyjechał Dariusz i oświadczył że trening rajdowy. Spojrzałam na niego jak na debila zastanawiając się czy do mnie mówi. Pohamowałam się przed powiedzeniem czegoś, czego bym później żałowała i grzecznie odpowiedziałam, że jestem zmęczona i jak chce to niech sobie jedzie, ja dziś odpadam. Dariusz nie dawał jednak za wygraną twierdząc że wczoraj mówiłam co innego. Odszukałam w pamięci wczorajszy dzień i dotarło do mnie, że faktycznie wczoraj obiecałam że wsiądę na Tuwa. Nie pamiętałam dlaczego akurat na niego, ale w sumie nie było to ważne. Zerknęłam do grafiku i faktycznie mieliśmy na dziś wpisany trening rajdowy dla Mandy, Tuwa i Sohama. Zrezygnowana uznałam, że obietnica to obietnica i powlokłam się z powrotem do siodlarni biorąc siodło i ogłowie srokacza. Spotkałam tam Łukasza i mało inteligentnie zapytałam co jeszcze tu robi. Chłopak spojrzał na mnie jak na idiotkę, postukał się w czoło i stwierdził że przecież trening rajdowy. Aha. 
Wzięłam sprzęt Tuwa, powiesiłam go na koniowiązie i ruszyłam na padok po srokatego araba. Araby chyba właściwie nie mogą być srokate z tego co mi wiadomo i uznałam że dziś jest właśnie ten dzień kiedy będę wszystko kwestionować, nawet rasę którą jeden z moich koni ma wpisaną do paszportu przez ludzi o wiedzy dużo większej niż moja. 
Tuw dał się złapać bez problemów, za co byłam mu wdzięczna, i już po chwili szliśmy obok siebie w stronę stajni. Tam czekał już na nas Darek z Sohamem i Łukasz z Mandy. Soham ewidentnie miał gorszy dzień, bo strasznie się wiercił i wkurzał na Darka. Chłopak jednak nie zwracał na to uwagi i kontynuował czyszczenie wałacha, co było chyba dobrą strategią, bo marwari zaczynał się trochę ogarniać. Mandy i Tuw jak zwykle zachowywały się jak anioły. Byłam wdzięczna Tuwowi i przy okazji postanowiłam go przeprosić za to że kiedyś mu powiedziałam że bez sensu go kupiłam, bo przecież nie miałam na niego pieniędzy. Szczerze polubiłam tego konia pomimo od tamtego czasu i teraz było mi głupio. 
Po jakimś czasie wszyscy siedzieliśmy na grzbietach naszych rumaków - Dariusz na Sohamie, Łukasz na Mandy i ja na Tuwie. Soham od razu ruszył stępem, zanim Darek zdążył poprawić sobie strzemiona i dociągnąć popręg, ale jego jeździec od razu go powstrzymał wiedząc że z tym koniem trzeba się obchodzić bardzo konkretnie, bo szybko uczy się on złych nawyków gdy raz się mu pozwoli zrobić coś takiego. Mandy i Tuw stali grzecznie, tylko srokaty przestępował z nogi na nogę co jakiś czas. W końcu ruszyliśmy. 
Postanowiliśmy puścić Dariusza z Sohamem przodem, żeby nie stresować arabów wkurzającym się Sohamem. 
Chwilę jechaliśmy przez las, a po chwili znaleźliśmy się na łące. Tam Soham postawił uszy i spróbował ruszyć kłusem, ale Darek szybko go przyhamował wiedząc że potrzeba dłuższego stępa przed treningiem rajdowym. Tuw i Mandy mogły jechać obok siebie, bo były to grzeczne konie, które nie próbowały się ścigać. Podczas stępa jechaliśmy więc w trójkątnym zastępie. Gdzieś w połowie łąki postanowiliśmy ruszyć kłusem. Było już dość zimno, w nocy padał lekki śnieg i ogólnie miało się wrażenie że nadchodzi zima. Wszystkie konie ładnie zareagowały na sygnał, chyba uznały że trochę się rozgrzeją. Soham miał dość mocne tempo, ale arabom to nie przeszkadzało. Ogólnie konie były ze sobą dość dobrze zgrane. Soham jechał z przodu, a dwa araby za nim mniej więcej zrównane. Moglibyśmy pojechać kiedyś kadryla z Tuwem i Mandy. 
Jechaliśmy dobrym, równym tempem. Po raz kolejny przypomniałam sobie jakim fajnym koniem jest Tuw i jak jego wygodne i równe chody pomagają mojemu bolącemu kręgosłupowi. Mandy też zachowywała się bardzo dobrze. Łukasz jechał na luźnej wodzy, a klacz opuściła lekko głowę i parskała w rytm kroków. Mandy też była fajna. W ogóle fajne mamy konie. Soham był z kolei bardzo pobudzony, ale nie próbował ponosić, tylko jechał dość mocnym tempem. Postanowiliśmy jednak to zignorować i pozwolić mu zrzucić trochę pary, bo i tak nie mieliśmy dziś w planach treningu kondycyjnego. 
Gdy dojechaliśmy do końca łąki przeszliśmy na chwilę do stępa, zjechaliśmy w dół po lekkim wzniesieniu i znaleźliśmy się w lesie gdzie kontynuowaliśmy kłus. Tu było cieplej, wiatr wiał mniej niż na otwartej przestrzeni, więc jechało się dużo przyjemniej. Po dłuższym odcinku kłusa postanowiliśmy zagalopować po długiej i prostej leśnej ścieżce. Soham zdecydowanie wysunął się na prowadzenie, a Mandy i Tuw dalej jechali obok siebie idealnie równo. Podzieliłam się moimi spostrzeżeniami na temat kadryla z Łukaszem, który stwierdził że to nie głupi pomysł. 
Lubiłam Tuwa za to, że gdy dało się mu sygnał do galopu to on galopował równym tempem tak długo aż dało się mu komendę do zwolnienia lub znaczącego przyspieszenia. Mogłam więc jechać lekkim półsiadem na zupełnie luźnej wodzy, a on po prostu mnie niósł. Z resztą Mandy była do niego dość podobna w tej kwestii, ale ja z jakiegoś powodu wolałam Tuwa. Dobrze się składało, bo z kolei Łukasz z tych dwóch koni wolał Mandy, ale ogólnie lubił oba. Soham z kolei jechał gdzieś na przedzie w dość sporej odległości od nas, ale naszym arabom to nie przeszkadzało i galopowały sobie obok siebie. 
W końcu zwolniliśmy do kłusa, bo co prawda wszystkie konie mogłyby oczywiście galopować dalej, ale cel naszej wyprawy był już całkiem blisko. Darek musiał dość mocno zahamować Sohamem, podczas gdy Mandy i Tuw dość grzecznie przeszli do kłusa. 
Dojechaliśmy w końcu do tzw. górek, czyli drogi która co jakiś czas biegła lekko w górę, a potem lekko w dół. Zadanie polegało tu na utrzymaniu równego tempa pomimo tego że raz jechało się w górę a raz w dół. Soham jako najbardziej narwany z całej trójki miał z tym właśnie lekki problem, przez co Dariusz musiał go co chwilę przytrzymywać na wodzach, albo popędzać. Tuw jako najmniej doświadczony z całej ekipy początkowo miał lekki problem z równowagą, ale dzięki temu że starałam się mu pomóc najlepiej jak mogłam po jakiś czasie zaczął łapać o co chodzi i starał się najlepiej jak mógł. Mandy z kolei miała zero problemów z tym ćwiczeniem. 
Następnie przyszła pora na podjazdy i zjazdy. I tu każdy właściwie skupił się na czymś innym, bo na przykład dla Sohama problemem był spokojny zjazd ze stromego wzniesienia. Wałach chciał wszystko wykonywać za szybko, nawet zjazdy z prawie pionowych ścian próbował pokonać kłusem, czy galopem. Darek musiał więc bardzo mocno siadać w siodło obciążając wałachowi zad i trzymając go za wodze. Podjazdy wykonywali z kolei galopem, więc Soham po jakimś czasie zgubił nadmiar energii i bardziej skupił się na treningu i tym czego Darek od niego wymaga. Darek ogólnie był bardzo dobrym jeźdźcem dla Sohama, bo nie bał się użyć więcej siły, żeby dobitnie wytłumaczyć coś wałachowi. Soham potrzebował właśnie takiego jeźdźca - bardzo konkretnego i odważnego. Oprócz tego Darek chwalił Sohama, gdy tylko ten wykazał choć odrobinę chęci posłuchania jeźdźca. Dzięki temu po jakiś 15 minutach Soham wykonywał bardzo ładne zjazdy stępem przerzucając ciężar swojego ciała na zad, a Darek trzymał wodze na lekkim kontakcie. Gdy Darek uznał że dość odjechał trochę od nas, żeby popracować z Sohamem nad wjazdami do wody, co było najsłabszą stroną marwari'ego. 
Łukasz i Mandy też wjeżdżali galopem pod górę i zjeżdżalni stępem, ale oni w przeciwieństwie do Dariusza i Sohama nie mieli właściwie żadnych problemów wychowawczych. Mandy ładnie podjeżdżała pod górę galopem i równie ładnie zjeżdżała stępem w dół na lekkim kontakcie, mocno opierając się na zadzie. Co prawda zjeżdżała w dół dość szybko, ale jednak w prawie idealnej równowadze i dość spokojnie, nie szarpiąc się z jeźdźcem. Z podjazdami też nie mieli za dużych problemów i pomimo tego że pod koniec Mandy miała już zdecydowanie mniej siły to jednak starała się jak mogła, żeby utrzymać tempo. W końcu Łukasz dał jej spokój, przez chwilę z nią stępując, żeby klacz odpoczęła. 
Tuw nie musiał na szczęście tak ostro trenować jak tamte dwa konie, bo chodził łatwiejsze trasy. Dlatego właśnie my wjeżdżaliśmy na górę i zjeżdżaliśmy w dół krótszą i łatwiejszą trasą. Pomimo tego Tuw kilka razy stracił równowagę i raz nawet ja straciłam równowagę wraz z nim i prawie wyleciałabym mu przez szyję, ale na szczęście w ostatnim momencie odzyskałam równowagę i wróciłam w siodło. Tuw chyba się tym przejął, bo od tego momentu był dużo ostrożniejszy. Wałach ogólnie zachowywał się bardzo dobrze i starał się brać sobie do serca wszystkie moje wskazówki. Ładnie galopował pod górę, a podczas zjazdów w dół bardzo się starał przerzucić ciężar ciała na zad i choć czasem zdarzało mu się potknąć, czy stracić na chwilę równowagę, to i tak byłam z niego bardzo dumna, bo starał się jak mógł. 
W końcu daliśmy koniom chwilę wytchnienia i stępem ruszyliśmy w stronę stajni, bo czas lekko nasz naglił. Przez jakiś czas jechaliśmy stępem, żeby konie mogły odpocząć. Po kilkunastu minutach ruszyliśmy jednak kłusem. Soham ponownie jechał jako pierwszy, nie ciągnął jednak już tak mocno i wyglądał na lekko zmęczonego, ale jednocześnie zadowolonego. Mandy i Tuw ponownie jechali obok siebie, również zmęczeni. 
Na łące przed stajnią zwolniliśmy do stępa, bo konie były spocone. Chcieliśmy, żeby trochę wyschły zanim wypuścimy je na padoki. Wszystkie rumaki szły grzecznie stępem. 
Pod stajnią zsiedliśmy z nich, sprawdziliśmy czy wszystko jest dobrze, a gdy okazało się, że tak, odprowadziliśmy rumaki na padoki, a sprzęt odnieśliśmy do siodlarni. 

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz