sobota, 31 marca 2018

Trening crossowy Resurrecta i Vienny



Konie: FH Resurrect Me From The Dead, Vienna
Jeźdźcy: Esmeralda, Antek
Dyscyplina: cross (easy, medium)
Miejsce: tor crossowy, Anarkia
Czas: 2 godziny


Wielkanoc. Nigdy nie obchodziłam tych świąt, nie za bardzo nawet wiedziałam o co w nich chodzi, poza tym że idzie się do kościoła z jajkami. Jednak wierzenia innych szanowałam, dlatego większość pracowników miała dziś i kilka następnych dni wolne. Właściwie to został tylko Antek, który albo nie miał rodziny albo się do niej nie przyznawał. Nie byłam pewna i nigdy o to nie pytałam. Przypomniały mi się stare czasy, kiedy Anarkia była jeszcze bardzo małą stajnią i zajmowaliśmy się nią tylko we dwoje. Dużo się od tego czasu zmieniło. 
Żeby nie marnować czasu postanowiliśmy wziąć dziś dwa konie na trening crossowy. Zima się skończyła, ziemia rozmarzła i w końcu można było wrócić do trenowania czegoś więcej. Dzisiejszymi szczęśliwcami byli Resurrect i Vienna. Mimo, że oba konie na papierze były moje, to tak na prawdę z żadnym z nich nie miałam jakoś bardzo dużo do czynienia jeśli chodzi o jazdę. Dlatego właśnie gdy Antek pozwolił mi wybrać na którego z tych dwóch gnomów wolę wsiąść to nie za bardzo wiedziałam co mam powiedzieć. W końcu wybrałam folbluta, bo po pierwsze to folblut, a po drugie chodzi niższą klasę crossu niż klacz, a ja generalnie nie jestem crossowcem. Antek całkiem lubił Viennę, bo to koń elektryczny, bardzo ambitny i pełen energii. 
Każde z nas poszło więc na padok po swojego konia. Resurrect jak zwykle stał i spał, a gdy podeszłam do niego tylko zerknął na mnie i wrócił do spania. Założyłam mu kantar na łeb i pociągnęłam za uwiąz. Nic. Pociągnęłam mocniej jednocześnie cmokając. Ogier zastrzygł uchem. Dobry znak. Podeszłam do jego zadu i delikatnie uderzyłam go końcówką uwiązu. Ogier ruszył powolnym tempem. Ucieszona również ruszyłam, żeby folblut przypadkiem nie postanowił znów się zatrzymać. Pomyślałam, że Resurrect zachowuje się trochę jak koń z ochwatem i gdyby ktoś go nie znał mógłby uznać, że się nad nim znęcamy. Na szczęście nikogo obcego nie było w pobliżu. 
Gdy dotarłam pod stajnię Antek właśnie zaczynał czyścić Viennę. Przywiązałam więc ogiera w bezpiecznej odległości od klaczy i zaczęłam wyczesywać jego sierść. Konie zaczynały lnieć, więc po chwili wszystko było pokryte brązowymi włosami. Oba konie były dość grzeczne, więc czyszczenie i siodłanie ich nie zajęło nam zbyt dużo czasu. W końcu założyliśmy kaski na głowy i wsiedliśmy na nasze wierzchowce. Antek ruszył pierwszy, bo Vienna chyba dostałaby zawału serca gdyby kazał jej jechać za drugim koniem. Resurrectowi było wszystko jedno. Mimo że był ogierem, folblut nie miał problemów z jechaniem w zastępie za klaczą. 
Po kilku minutach dojechaliśmy na tor crossowy. Podłoże było wręcz idealne - dość miękkie, elastyczne, bez błota ani zamarzniętej ziemi. 
Każde z nas przeprowadziło rozgrzewkę dla siebie i swojego konia w trzech chodach. Leżały tu też drągi ustawione na kłus, więc można było z nich skorzystać. 
Resurrect miał to do siebie, że gdy przez dłuższy czas nie pracował to mu trochę odbijało. Na szczęście ostatnio Maciek dość regularnie na niego wsiadał, więc miałam nadzieję że tym razem nie będę dachowała. Pierwszy raz kiedy na niego wsiadłam ogier właśnie nie chodził przez kilka dni i brykał. A ja nie umiem jeździć, więc dachowałam. 
Resurrect był grzeczny. Na początku myślałam, że mnie wkręca, ale on naprawdę był grzeczny. Nawet nie musiałam tak mocno używać pomocy, żeby coś mu przekazać. Dalej trzeba było używać pomocny mocniej niż na innych koniach, ale zdecydowanie było lepiej, niż około rok temu, kiedy ogier do nas przyjechał. Folblut całkiem dobrze odpowiadał na moje sygnały, wyginał się na zakrętach, robił przejścia oraz zmieniał tempo. Trochę bałam się momentu zagalopowania, bo to właśnie wtedy Resurrect najbardziej lubił wysadzać jeźdźca z siodła, ale pomimo mojego stresu ogier nic nie zrobił. Zagalopował trochę koślawo (ze względu na moje usztywnienie), ale nie bryknął. 
Vienna z kolei bardzo dobrze się bawiła. Antek pozwolił jej iść jej własnym, czyli dość szybkim, tempem pilnując tylko tego, żeby klacz była oparta na wędzidle i nie zmieniała chodu. Klaczy bardzo się to podobało. Szła rozluźniona i co chwilę parskała. Ale trzeba jej przyznać, że kłus to miała jak rasowy kłusak. W galopie Vienka jeszcze przyśpieszyła, ale Antek pozwolił jej na to, pod warunkiem że dawała się normalnie skręcać. Całkiem przyjemnie się patrzyło na ich współpracę. 
W końcu przyszedł czas na właściwy trening crossowy. Mieliśmy mniej więcej obmyśloną trasę, z tym że ponieważ mieliśmy konie chodzące różne klasy to ja i Resurrect mieliśmy omijać niektóre przeszkody i zastępować je innymi. Wszystko było jednak przemyślane, żebyśmy nie wjeżdżali sobie w drogę. 
Antek i Vienna wystartowali pierwsi. Klacz ciągnęła na przeszkody jak szalona i skakała absolutnie wszystko co stanęło jej na drodze. Były momenty, kiedy klacz za mocno ciągnęła do jakiejś przeszkody, innej niż jeździec miał w planie. Wtedy Antek siadał mocniej w siodle i mocniej przytrzymywał klacz na pysku, żeby klacz opanowała trochę entuzjazm i zaczęła się słuchać. Viennie generalnie nie trzeba było kilka razy tego powtarzać i właściwie za każdym razem kiedy Antek mocniej przytrzymał ją na pysku to powracała pod kontrolę jeźdźca i zaczynała się słuchać. Vienka zawsze trochę mnie śmieszyła, szczególnie podczas występu na torze crossowym. Była koniem niskim, w porównaniu do innych koni sportowych to nawet bardzo niskim. Mimo to skakała te wielkie przeszkody z takim zapasem, jakim nie pogardziłby nie jeden koń o 20 cm. czy 30 cm. wyższy od niej. Nad każdą przeszkodą klacz zostawiała spory zapas i galopowała z taką siłą jakby przez całe życie nic innego nie robiła. Bez problemu galopowała pod górę, po wodzie czy w dół. Nic nie było dla niej niemożliwe. 
Resurrect chyba nie chciał być gorszy. Ruszyłam go do galopu i od razu bez ostrzeżenia ogier wyrzucił zadnie nogi do góry wyrzucając mnie tym z siodła. Zawisłam przez chwilę na szyi galopującego ogiera i jakimś cholernym cudem udało mi się wrócić w siodło, znaleźć strzemiona i usiąść normalnie zanim podjechaliśmy do pierwszej przeszkody. Res w ogóle nie przejął się faktem że przed chwilą prawie straciłam życie. Ogier szedł na przeszkody jak szalony, ale generalnie słuchał się moich poleceń. Skakał bardzo ładnie, choć trochę za wysoko się wybijał przez co miałam wrażenie że tracę równowagę przy każdym skoku. Przy mniej więcej trzecim jednak przyzwyczaiłam się. Res miał bardzo fajny, mocny galop, z resztą jak większość folblutów. Nie płoszył się, szedł ładnie po każdym podłożu i skakał wszystko co mu pokazałam. Na szczęście nie próbował przejmować dowodzenia. Może miał świadomość, że nie jestem zbyt dobrym jeźdźcem. 
Po zakończonym treningu wyhamowaliśmy konie, rozkłusowaliśmy je, a następnie porządnie rozstępowaliśmy. Było dość ciepło, a konie pokryte były wciąż zimową sierścią. Były więc trochę mokre i rozstępowanie ich zajęło nam chwilę. 
W końcu ruszyliśmy w stronę powrotną do stajni. Vienna wysunęła się na prowadzenie i była bardzo dumna gdy mogła iść jako pierwsza. Resowi było wszystko jedno i grzecznie jechał za kasztanowatą koleżanką. 
Pod stajnią wsiedliśmy z koni, ściągnęliśmy im siodła, wyczesaliśmy ich sierść i wyczyściliśmy kopyta. Następnie odprowadziliśmy konie na padoki. Res od razu się położył i zaczął tarzać w piasku, który w połączeniu z mokrą sierścią stworzył na nim skorupę. 
Potem wróciliśmy pod stajnię, żeby posprzątać sprzęt. Następnie poszliśmy do biura, żeby zobaczyć co jeszcze trzeba zrobić. 

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz