poniedziałek, 22 grudnia 2014

Teren Little Death, Devina, My Rugged Destiny, Quasimodo

Konie: Little Death, Devin, *My Rugged Destiny, Quasimodo
Jeźdźcy: Łukasz, Magda, Esmeralda, Antek
Dyscyplina: teren
Miejsce treningu: teren wokół Anarkii
Czas: półtorej godziny
Oryginalna data treningu: 31.01.2016

Siedziałam w siodlarni pastując siodła. Była godzina 7.00 w niedzielę a ja siedziałam w siodlarni i pastowałam siodła. Pomyślałam sobie, że normalni ludzie o tej godzinie śpią. Normalni ludzie, którzy albo nie mają stajni albo mają stajnię ale zatrudniają jakiś stajennych czy innych pracowników. 
Nie miałam jednak zbyt dużo czasu na zastanawianie się, bo nagle usłyszałam kroki w stajni. Byłam pewna, że to Antek, więc postanowiłam nie przerywać czynności, bo wiedziałam że potem już do niej nie wrócę. Chłopak chyba szedł korytarzem nucąc jakąś radosną melodię. To oznaczało, że wpadł na jakiś pomysł. 
Nagle pojawił się w drzwiach siodlarni. 

- Magda i Łukasz dziś będą? 

Oderwałam wzrok od siodła i spojrzałam na niego. 

- Łukasz mówił że będzie około 9.00 a Magda nie wiem. Tylko błagam nie dzwoń do niej bo pewnie jeszcze śpi. 
- No tak, normalni ludzie śpią o 7.00 w niedzielę. 

Dobrze, że w tym jednym się zgadzamy. Wróciłam do pastowania siodła, a Antek przyglądał się wywieszonemu na tablicy korkowej grafikowi z pracą koni. Zdecydowanie coś kombinował. Postanowiłam jednak nie pytać. Nie dam mu tej satysfakcji. 

- Mamy na dziś jakieś plany? 
- Nie wiem jak ty, ale ja muszę poprowadzić dwie jazdy po południu, wypastować te durne siodła, no i chciałabym jeszcze wsiąść na jakiegoś konia. 
- Aha! Takiej odpowiedzi się spodziewałem! Jedziemy w teren? 
- Myślałam, że nigdy nie zapytasz! 

Chłopak zaśmiał się, wziął następne siodło z wieszaka i usiadł obok mnie. 

- Dopóki Łukasz nie przyjedzie to razem to zrobimy. Wiem jak nie znosisz pastować siodeł. 

* * * 

Około 9.00 faktycznie przyjechał Łukasz. Magda pojawiła się kilkanaście minut później. Gdy usłyszeli że jedziemy w teren bardzo się ucieszyli. Całą czwórką wróciliśmy do siodlarni i zaczęliśmy przyglądać się grafikowi z pracą koni. Co chwilę któreś z nas rzucało imię konia, ktoś zaprzeczał podając argumenty, ktoś się zgadzał również podając argumenty. 
W końcu padło na Litkę, Devina, Ruggeda oraz Quasimodo. Potem pozostało już tylko w miarę logicznie rozdzielić konie między jeźdźców i mogliśmy jechać. 
Wszystkie konie jakoś w miarę łatwo dały się złapać i zaprowadzić pod stajnię. Tam zabraliśmy się za ich czyszczenie i siodłanie. Najdłużej zeszło się Antkowi, bo Quasi postanowił chwilę przed jazdą wytarzać się w śniegu. Był więc tak mokry, że Antek stwierdził że "wali to i jedzie na oklep". Reszta z nas stwierdziła, że to nie głupi pomysł i w ramach solidarności z Antkiem postanowiliśmy wszyscy pojechać na oklep. Ja jednak postanowiłam wziąć czaprak, bo jednak kręgosłup Ruggeda trochę wbija się w tyłek. 
Po jakimś czasie wszyscy siedzieli już na swoich rumakach. Jeśli chodzi o rankingi to najśmieszniej wyglądał Łukasz siedząc na niedużej Lit, najgorzej trafił Antek gdyż Quasi nie ma wcale wygodnych chodów, a najlepiej trafiła Magda bo Devin z całej stawki koni jest najwygodniejszy. Ja plasowałam się gdzieś w środku, ale Antek zaraz przypomniał mi, że mój koń jest najwyższy i będę strącać cały śnieg z gałęzi. 
Ustawiliśmy zastęp i ruszyliśmy przed siebie w stronę łąki. Na przodzie jechał Łukasz na Lit, następnie Magda na Devinie, Antek na Quasim i na końcu ja na Ruggedzie. Konie wyglądały na zadowolone, z wyjątkiem Devina który szczurzył się na Quasi'ego i co chwilę próbował go kopnąć. Antek trzymał jednak odstęp i nie dał się tak łatwo. 
W nocy bardzo padał śnieg, więc teraz praktycznie przedzieraliśmy się przez zaspy. Dzielna mała Lit pruła przed siebie przez głęboki śnieg z postawionymi uszami, bardzo skupiona na postawionym przed nią zadaniu. Devin był trochę zdziwiony, ale szedł dzielnie za mniejszą koleżanką. Przestał już denerwować się na Quasi'ego. Drugi tinker również dawał z siebie wszystko. Rugged z kolei miał ułatwione zadanie, bo szlak został już przecięty przez trzy konie, w tym dwa tinkery. 
Na łące ruszyliśmy kłusem. Śnieg też był tu wysoki, ale twardszy, więc nie zapadał się tak. Co nie zmieniało faktu, że Lit i Devin bardziej skakały niż biegły. Wyglądało to strasznie śmiesznie szczególnie w wykonaniu mułki. Aż żałowałam, że nie mam aparatu w telefonie! 
Jakoś dokłusowaliśmy do końca łąki, zjechaliśmy stępem w dół w las i ponownie zakłusowaliśmy. Śniegu było tu zdecydowanie mniej, choć i tak na ziemi leżała go gruba warstwa. Jechaliśmy dość wolno, żeby siedząc na oklep było nam w miarę wygodnie. Jednak z tego co widziałam żadne z nas nie trzymało konia na pysku za wodze. Wszyscy jechali na luźnym kontakcie. 
Łukasz dał znać, że skręca w lewo i wjechaliśmy w ciasną ścieżkę idącą zboczem góry. Przeszliśmy więc do stępa, żeby żaden z koni nie poślizgnął się i nie spadł w dół. Jedynym koniem który miał obiekcje przed wejściem na tę ścieżkę był Quasi, który chyba uznał że to on będzie tym który spadnie. Na szczęście jednak Antek dał radę w miarę szybko przekonać tinkera do współpracy. Z resztą nad przepaścią jechaliśmy dosłownie chwilę, bo zaraz wjechaliśmy na szerszą ścieżkę po której postanowiliśmy zagalopować. Szła ona lekko pod górkę, ale naszym koniom to nie przeszkadzało. 
Lit szła trochę wolno, więc Magda jechała lekko z boku, żeby nie wjeżdżać jej za mocno w zad. Quasi trochę zamulał, a Rugged szedł spokojnie na luźnej wodzy najwolniej z całego towarzystwa. Jakoś żadnemu z koni nie chciało się wyprzedzać, więc po dość długim odcinku galopu zostaliśmy w takiej samej kolejności w jakiej wystartowaliśmy. Musieliśmy awaryjnie zwalniać, bo przed nami nagle wyrosła zamarznięta kałuża. Łukasz cudem zauważył ją z dość dużej odległości, więc szczęśliwie udało nam się wyhamować. 
Po wyminięciu kałuży stępem znów zagalopowaliśmy. Tym razem wesoły Quasi strzelił kilka razy z zadu co spowodowało, że Rugged gwałtownie odskoczył w bok uciekając od kopyt tinkera. Zawisłam na chwilę na boku mojego rumaka, ale jakoś udało mi się z powrotem wdrapać. Antek wysiedział bryki Quasi'ego, ale jakoś szczególnie mnie to nie dziwiło. Devin trochę się nakręcił i próbował wyprzedzać Lit, ale Magda kategorycznie mu tego zabroniła lekko ściągając wodze. 
Wyhamowaliśmy do kłusa, a po kilkunastu metrach do stępa. Gdy przekonaliśmy się, że wszyscy siedzą dalej ruszyliśmy kłusem. Byliśmy już praktycznie przy naszej stajennej łące, więc gdy wjechaliśmy na wzniesienie znów znaleźliśmy się w głębokim śniegu. Skierowaliśmy się na ścieżkę, którą wykopaliśmy w drodze do lasu i jechaliśmy nią kłusem w stronę stajni. Dopiero przy zjeździe z łąki do lasu zwolniliśmy do stępa, głównie dlatego, że Quasi'emu zachciało się ponosić. 
Pod stajnią zsiedliśmy z rumaków i zdjęliśmy im siodła. Pogoda była bardzo ładna, zaledwie kilka stopni poniżej zera, więc po wyczyszczeniu koniom kopyt odstawiliśmy je na padok bez zakładania derek. Z resztą i tak wszystkie już po chwili tarzały się w śniegu. 
My z kolei odnieśliśmy sprzęt do siodlarni i postanowiliśmy ułożyć plan na dalszą część dnia. 



Brak komentarzy:

Prześlij komentarz