Pogoda była prześliczna, wszędzie leżała gruba warstwa śniegu, drzewa wręcz uginały się pod jego ciężarem, a słońce świeciło tak mocno jakby była przynajmniej połowa lata.
Po karmieniu długo patrzyłam na Garibaldi'ego. Coś chodziło mi po głowie. Nieświadomy niczego wałach spokojnie pałaszował marchewkę i buraki. Wzruszyłam ramionami i poszłam do instruktorskiego sprawdzić plany na dzisiejszy dzień. Jazda z Cascade, Quasi'm i Honorem, wywalenie obornika z trzech boksów, odśnieżenie podjazdu i dachu stajni, odebranie dostawy siana, dwie jazdy rekreacyjne oraz jedne zajęcia hipoterapii... Oj, dużo zajęć.
Wyszłam z instruktorskiego, sprawdziłam czy wszystkie konie zjadły, po czym zaczęłam po kolei otwierać boksy.
- Garibaldi'ego zostaw!
Usłyszałam głos Antka, który był dla mnie jak zbawienie. Czy pomyślał o tym samym co ja? Spojrzałam na niego z pytającym uśmiechem. Chłopak wskazał ręką na sanki, które właśnie wygrzebał ze strychu, uśmiechając się szeroko.
- A wiesz, że mamy tysiąc innych zajęć przewidzianych na dziś? - zapytałam z uśmiechem.
- A wiesz, że to grzech nie pojechać na kulig w taką pogodę?
I wszystko było jasne. Wypuściliśmy resztę koni, zamknęliśmy padok. Garibaldi został w stajni, ale jako rekompensatę dostał dużą porcję siana w swoją siatkę.
Poszliśmy z Antkiem na strych szukać więcej sanek. W tym czasie pod stajnię podjechał Łukasz z Magdą. Ostatnio udało im się dogadać i Łukasz po drodze do stajni w weekendy prawie zawsze zabierał naszą dzielną wolontariuszkę.
- Macie nieprzemakalne spodnie!? - krzyknął do nich Antek z góry.
- Nie, a dlaczego? - zdążyła zapytać Magda kiedy Antek zrzucił ze strychu dwie pary ortalionowych spodni narciarskich.
- Kulig czy skiring? - zapytał Łukasz, który był trochę bardziej obeznany z naszymi tradycjami i pomysłami.
- Kulig! Weźmiemy Gariba, to wszyscy wsiądziemy na sanki, a Esmeralda będzie jechać wierzchem!
- Eeej, a dlaczego ja mam niby jechać w siodle? Wiesz jak ten szalony koń ciągnie w galopie i kłusie!
- A kto ma Gariba wpisanego jako podopiecznego?
- Ehhhh
Wyciągnęłam Gariba z boksu i zaczęłam czyścić podczas gdy pozostali zakładali nieprzemakalne spodnie i kompletowali sanki. Garib był spokojny, ale chyba wiedział co się szykuje, bo co chwilę zerkał na to co robią inni.
Założyłam mu siodło westernowe i ogłowie z wędzidłem pojedynczo łamanym. Dobry zestaw, nie ma co.
- Gotowi? - krzyknęłam w stronę Łukasza.
- Idziemy! - odkrzyknęła Magda.
Już po chwili sanki leżały na śniegu. Magda i Łukasz już na nich siedzieli, a ja i Antek mocowaliśmy liny do siodła Gariba. Na szczęście miało ono dużo uchwytów. Gdy skończyliśmy Antek podsadził mnie i pomógł dociągnąć popręg. Strzemiona okazały się na szczęście pasować, więc dałam wałachowi sygnał do ruszenia. Antek w biegu wskoczył na ostatnie sanki, więc już w komplecie ruszyliśmy stępem drogą na łąkę.
- Może coś pośpiewamy? - zapytał Łukasz i już po chwili cała trójka darła mordy w bliżej nieokreślonej melodii i z bliżej nieokreślonymi słowami w nieokreślonym języku.
Garibaldi strzygł uszami i szedł bardzo żwawo przed siebie. Momentami musiałam się starać, żeby nie zakłusował.
Na łące ruszyłam kłusem. Po raz kolejny przekonałam się, że ziemniuch też potrafi. Dziś Garib miał wyjątkowo dużo energii i biegł przed siebie wyciągniętym kłusem. Co chwilę słyszałam piski i krzyki, bo najwidoczniej towarzystwo postanowiło rzucać się śnieżkami. Gdy jedna z nich trafiła mnie w plecy pokazałam towarzystwu środkowy palec i zaczęłam wyginać Gariba, żeby jechał bardzo wąskim slalomem. Towarzystwo zaczęło piszczeć i krzyczeć, aż w końcu siedzący na ostatnich i najmniej stabilnych sankach Antek spadł. Pogoniłam Gariba, a chłopak zaczął biec za sankami śmiejąc się.
- Szybciej! Szybciej! - krzyczała Magda
W końcu jednak Antek dogonił sanki i wskoczył na nie w biegu. Odwróciłam się i uśmiechnęłam się do niego.
Dojechaliśmy do zjazdu w dół, więc jechałam slalomem, żeby sanki nie uderzyły konia w tylne nogi. Gdy znaleźliśmy się na płaskim ponownie ruszyłam kłusem. Garib wciąż miał dużo siły, ale dopóki nie próbował galopować postanowiłam pozwolić mu iść dość mocnym tempem. Co chwilę parskał i ogólnie wyglądał na zadowolonego.
Na prostej drodze postanowiłam zagalopować. Zrobiłam to bez ostrzeżenia, więc za chwilę usłyszałam pisk Magdy. Odwróciłam się, żeby sprawdzić czy dalej siedzi. Siedziała, choć w mało brakowało.
Jechaliśmy dość szybkim galopem. Jechałam półsiadem i pozwoliłam Garibowi jechać takim tempem jak chciał. Szedł ładnie, prosto i równym tempem.
W pewnym momencie mocno skręciłam w prawo. Ludzie na sankach jednak utrzymali się, choć chyba każde z nich było przekonane, że zaraz spadnie.
Po przejechaniu jeszcze kilkudziesięciu metrów zwolniłam do kłusa. Garib był cały mokry, ale nie wydawał się być zmęczony.
Zrobiliśmy kłusem dość duże koło i wróciliśmy na łąkę. Tam przeszłam już do stępa, żeby dać wałachowi czas na wyschnięcie. Nie był ogolony, więc byłam przekonana, że będzie wysychał cały dzień.
Magda, Antek i Łukasz znów coś tam śpiewali, a ja znów nie byłam w stanie zgadnąć co. Grunt, że było wesoło.
Pod stajnią wszyscy wysiedli z sanek, a ja zsiadłam z Gariba. Mięśnie bolały mnie jak cholera, bo nie dość, że prawie przez cały czas kłusowałam i galopowałam, to jeszcze Garib jest wyjątkowo szeroki.
Łukasz odpiął sanki, a ja wprowadziłam wałacha do stajni. Tam ściągnęłam mu siodło i wspólnie zabraliśmy się za suszenie go słomą. W tym samym czasie Antek poszedł do siodlarni po derkę w odpowiednim rozmiarze. Postanowiliśmy, po wstępnym osuszeniu słomą, założyć mu polarówkę, a następnie zmienić ją na padokową i wywalić wałacha na dwór. Na razie jednak stanął w stajni w polarówce, zadowolony skubiąc siano.
My z kolei schowaliśmy sanki do siodlarni (mogą się przecież jeszcze przydać!) i poszliśmy do domu napić się ciepłej herbaty i zrzucić z siebie zupełnie przemoczone ciuchy.
Zapraszam na otwarcie SKS Moonlight: http://sks-moonlight.blogspot.com
OdpowiedzUsuń