poniedziałek, 17 listopada 2014

Trening Summera (15), Cherokee'a (2) i Zatanny (2)

Konie: Summer, Cherokee, Zatanna
Jeźdźcy: Esmeralda, Antek, Łukasz
Dyscyplina: teren
Miejsce: tereny wokół WHK Anarkia
Czas: godzina

- Zaraz zamarznę - Antek siedział na kostce słomy w paszarni i kulił się z zimna. Mimo że był dopiero listopad, w górach panował mróz. Ostry wiatr również nie dodawał uroku pogodzie. Usiadłam obok chłopaka, próbując jednocześnie bardziej naciągnąć czapkę na uszy. Był to zdecydowanie najzimniejszy dzień podczas tej jesieni, a my dwoje jak na złość spędziliśmy go całego na dworze. 
- Poszłabym do domu, ale boję się że jak tam wejdę to już nie wyjdę. A muszę poprowadzić jazdę o 16.00... - Podkuliłam nogi i objęłam je rękami. Nie, ani trochę cieplej. 
Antek spojrzał na zegarek. 
- 14.00... - spojrzał w kierunku wybiegu - Summerowi chyba się nudzi. 
Spojrzałam za jego ręką. Rzeczywiście, moja gwiazda biegała po pastwisku w zastraszającym tempie. To fakt, dawno na nim nie jeździłam. Będzie z tydzień... 
- Właśnie wpadłam na szalony pomysł... - Antek spojrzał na mnie ze zdziwieniem. Wiedział, że to nie wróży nic dobrego - Skoro i tak marzniemy i nie chcemy wejść do domu, to może pojedziemy w teren na oklep? Rozgrzejemy się, a Summer się porusza. Tylko we dwoje, dużo galopu, co ty na to? 
Chłopak spojrzał na mnie. Widziałam, że myśli. 
- Zgoda, ale skoro my mamy cierpieć, to niech Łukasz też cierpi. Zaraz do niego zadzwonię, bo Zatannie też przydałaby się męcząca praca.
Wyciągnął telefon z kieszeni i zesztywniałymi palcami wystukał na klawiaturze numer Łukasza. Ich rozmowa, jak zwykle, trwała chwilę. 
- Będzie za jakąś godzinę, mówił że zaklepuje ten fajny pas do hipoterapii. 
- Ten ze sztywną rączką!? To ja nie jadę! - oboje wybuchnęliśmy śmiechem. Nie żebym powiedziała coś śmiesznego, po prostu w ten sposób było cieplej. 
- Nie wiem na jakim koniu mam pojechać. Co proponujesz? Łukasz bierze Zatannę, ty Summera... ja potrzebuję równie szybkiego konia... 
- Weź Cherokee'a. Obiecałeś, ze na niego wsiądziesz, a potem się wymigałeś. Zresztą on dawno nie był w terenie. 
Antek po chwili namysłu zgodził się. Poszliśmy więc po sprzęt do siodlarni. Wzięłam kantar sznurkowy i pas ze sztywną rączką dla Łukasza, oraz zwykły pas i ogłowie dr Cooka dla Summera. Antek wziął dla Cherokee'a ten sam zestaw co ja dla Summera. Zgarnął też koszyk ze szczotkami. Zostawiliśmy to wszystko w przedsionku stajni i poszliśmy na wybieg po konie. Okazało się, ze wszystkie schowały się między drzewami. Szybko znaleźliśmy wszystkie trzy wierzchowce. Założyłam kantary Summerowi i Zatannie. 
- Ej, podsadź mnie! - nagle wpadł mi do głowy najgłupszy pomysł świata. A mój towarzysz zamiast mnie z tego pomysłu wyciągnąć, postanowił go zrealizować. Podsadził mnie, na grzbiet Summera i podał końcówkę uwiązu. Sam wskoczył na Cherokee'a. Jak szaleć to szaleć! Ruszyliśmy stępem w stronę bramy. Prowadziłam za sobą zdziwioną Zatannę. Pod stajnią wsiedliśmy. Ja wprowadziłam wszystkie trzy konie do środka, a Antek pobiegł zamknąć bramę na wybieg. 
Bardzo dokładnie wyczyściliśmy wszystkie trzy konie. Aż były zdziwione naszą dokładnością. Był mały problem z nakłonieniem Zatanny do podania tylnych nóg, ale po chwili próśb udało się. W momencie gdy zamierzaliśmy osiodłać rumaki w drzwiach stanął Łukasz. 
- Wy chyba nienormalni jesteście. Niżej jest cieplej, nic nie mówiliście że tu taki mróz. I że niby zachciało wam się w teren jechać!? 
Antek wyszczerzył zęby w uśmiechu i wytłumaczył koledze, że skoro on i ja daliśmy radę cały dzień, to Łukaszowi się nic nie stanie jak spędzi 1,5 godziny w lesie, a w dodatku na ciepłym koniu. 
Po chwili nasze konie były już gotowe. Antek kazał nam wyjść, po czym sam zamknął stajnię i powiesił tabliczkę 'zaraz wracamy' z numerami telefonów. Wsiedliśmy z rampy i wyszyliśmy w góry. Jechałam na Summerze jako pierwsza. Ogier miał w sobie niesamowity nadmiar energii. Siedząc na nim bez siodła wręcz czułam te wszystkie napięte mięśnie pod skórą. Za mną jechał Łukasz na Zatannie, a na końcu Antek na Cherokee'u. Przez jakieś 15 minut było spokojnie. Śmialiśmy się, rozmawialiśmy, konie były zadowolone i gotowe na przygodę. Po rozgrzewce ruszyliśmy kłusem na leśnej drodze. Zatanna ruszyła galopem, ale Łukasz bez większych problemów pohamował klacz. Summer był w niebo wzięty. Jechał dość szybko, ale o dziwo nie miałam większych problemów z wysiedzeniem jego chodu. Bardzo dobrze reagował też na ogłowie bezwędzidłowe. 
Kłusowaliśmy dość długo. Konie parskały i cieszyły się, że pojechały w teren. My również byliśmy zadowoleni, bo było nam ciepło nie tylko z powodu siedzenia na końskim grzbiecie, ale również dlatego, że w lesie zdecydowanie mniej wiało. W końcu przeszliśmy do stępa i wjechaliśmy pod górę. Znaleźliśmy się na łące. Nie musiałam nawet mówić ani chłopakom, ani naszym koniom co się za chwilę stanie. Summer po prostu ruszył galopem. Ale zrobił to tak lekko, że nawet nie zdążyłam zareagować. To było tak przyjemne uczucie! Po chwili zobaczyłam że tuż za mną galopuje Zatanna z Łukaszem. Klacz parskała i wyciągała głowę jak najdalej do przodu. Lekko z tyłu galopował Cherokee. Wałach był bardzo spokojny i zrelaksowany. Czasem nie wierzyłam że on i Zatanna są w tym samym wieku. Galopowaliśmy dość szybko, jednak chód Summera był tak wygodny że w ogóle nie czułam się zagrożona. Trzymałam się tylko na wszelki wypadek jedną ręką za grzywę mojego konia. 
Niestety przyszedł czas na zwolnienie do kłusa. Jest to zdecydowanie najmniej przyjemny moment w jeździe na oklep. Zrobiliśmy więc kilka kroków kłusa i przeszliśmy do stępa. 
- Czy wy też to czuliście? Jakby czytały w naszych myślach! - Łukasz pogłaskał czule Zatannę po szyi. Klacz parsknęła i uniosła górną wargę. Zaśmiałam się i również pogłaskałam Summera. Już zapomniałam jak cudownie się na nim galopuje. Cherokee również wyglądał na zadowolonego, chociaż ciężko mu było dotrzymać kroku arabce i folblutowi. 
Zjechaliśmy w dół i przez jakiś czas jechaliśmy stępem. Nie bałam się o Zatannę i Summera, jednak dla Cherokee'a tak długi i szybki galop był w pewnym stopniu wyzwaniem. Wałach jednak nie dawał po sobie poznać, że jest zmęczony. Po kilkunastu minutach ruszyliśmy kłusem, bo zaczynaliśmy marznąć. Powoli się ściemniało. Konie nie próbowały wyrywać się do galopu, jednak czułam że Summer jest do tego gotowy w każdej chwili. Przed wjazdem na 'naszą' łąkę przeszliśmy do stępa. Jadąc ramię w ramię dojechaliśmy na teren stajni. Tam zsiedliśmy z koni, przy okazji krzycząc z bólu z powodu szoku termicznego. Zdjęliśmy koniom pasy i ogłowia oraz zaprowadziliśmy je do stajni, żeby wyschły. Chłopaki zabrali sprzęt i szczotki, a ja wrzuciłam naszym dzielnym rumakom marchewki do żłobów. 

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz