niedziela, 14 sierpnia 2016

Praca z ziemi z *Sohamem

Koń: *Soham
Trener: Esmeralda
Dyscyplina: praca z ziemi
Miejsce treningu: lonżownik
Czas: 45 minut

Ponieważ Soham jest ostatnio niemożliwy jeśli chodzi o zachowanie, postanowiłam poćwiczyć dziś z nim na lonżowniku, żeby chłopak zrzucił trochę pary przed jutrzejszymi jazdami. 
Zabrałam z siodlarni lonżę, bat do lonżowania, kantar sznurkowy i długi uwiąz i podeszłam do przywiązanego pod stajnią wałacha. Pogłaskałam go po szyi i zaniosłam cały sprzęt na lonżownik. Potem wróciłam do konia, zamieniłam mu zwykły kantar na sznurkowy, podpięłam długi uwiąz i ruszyłam z koniem w stronę lonżownika. Już na tym etapie Soham zaczął pokazywać rogi ciągnąc za uwiąz do przodu. Zatrzymałam się więc energicznie  i miarowo ciągnęłam za uwiąz. Zdziwiony Soham zatrzymał się. Wycofałam go kilka kroków i ponownie ruszyliśmy. Soham powtórzył manewr z ciągnięciem, więc ja ponownie się zatrzymałam i wycofałam wałacha. Powtórzyliśmy tę rozmowę chyba z trzydzieści razy zanim wałach w końcu ogarnął o co chodzi i zaczął iść w trochę bardziej akceptowalny dla mnie sposób. To znaczy zatrzymywał się wtedy kiedy ja i ruszał wtedy kiedy ja. No cud po prostu, tylko że zajęło nam to 15 minut. I jutro znów będzie to samo...
W końcu dotarliśmy na lonżownik, gdzie odpięłam Sohamowi uwiąz i posłałam go na koło w galopie. Postanowiłam na początku wykonać z nim join-up, żebyśmy się trochę lepiej dogadali. Soham początkowo w ogóle nie ogarniał, więc poganiałam go coraz mocniej od czasu do czasu zmieniając kierunek. W końcu po czasie który mi wydawał się być wiecznością, Soham zaczął wykazywać oznaki chęci porozumienia. Odwróciłam się więc od niego zdejmując z niego presję. Wałach podszedł do mnie i sesja się zakończyła. Pogłaskałam go. Podpięłam ponownie uwiąz pod jego kantar i ponownie poćwiczyłam z nim zatrzymania z ziemi. O dziwo, reagował o wiele lepiej i był skupiony na mojej osobie, a nie na wszystkim innym dookoła. Pochwaliłam go za to i spróbowałam w kłusie. Zaczęłam bieg. Soham na początku lekko się zdziwił, ale w końcu zakłusował. Przejścia z kłusa do stój nie były już takie łatwe, bo Soham wiecznie się zagapiał i zapominał się zatrzymać niemal na mnie wpadając. Cierpliwie powtarzałam jednak ćwiczenie. W końcu marwari zajarzył i zatrzymywał się wtedy kiedy ja. Pogłaskałam go po szyi i podrapałam po czole. 
Następnie pobawiliśmy się w cofanie z ziemi i przestawianie zadu. O ile cofanie szło całkiem nieźle (nawet w kombinacji kłus-stój-cofanie-kłus), to przestawianie zadu szło na prawdę topornie i na początku musiałam pomagać sobie batem, żeby Soham w ogóle się ruszył. Po każdym ruchu z jego strony zdejmowałam z wałacha presję. Ponownie, po czasie który mi wydawał się nieskończonością Soham zaczął przestawiać zad na lekkie dotknięcie. 
Byłam z niego bardzo dumna, więc pogłaskałam go ponownie po szyi i ruszyłam w stronę stajni. Soham tym razem szedł już ładnie, nie szarpał się ze mną. Pod stajnią wyczyściłam mu kopyta, umyłam nogi na myjce, po czym wypuściłam wałacha na padok. 

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz