sobota, 16 września 2017

Trening rajdowy French Revolution, Mandy, Asha



Jeźdźcy: Elvia, Łukasz, Esmeralda
Dyscyplina: rajdy (kondycyjny + elementy pracy na górkach)
Miejsce: tereny wokół Anarkii
Czas: 2 godziny


Dziś mieliśmy w planach trening rajdowy z French Revolution - arabką z Homestead, która przyjechała do nas na trening w ramach swego rodzaju wymiany. Siwka i jej właścicielka przyjechały do nas już dzień wcześniej, żeby odpocząć po długiej i męczącej podróży. Gdy French została bezpiecznie umieszczona w boksie pełnym słomy i siana, usiedliśmy na chwilę na tarasie, żeby porozmawiać o kondycji klaczy i jej treningach. Na podstawie tego dobraliśmy do niej dwa konie z Anarkii i mniej więcej zaplanowaliśmy trasę. Reszta miała wyjść w praniu. 
Dziś Elvia i French były wypoczęte, więc około godziny 9 zabraliśmy się za szykowanie rumaków. Na wszelki wypadek przywiązaliśmy konie w pewnej odległości od siebie. Ash był bardzo zainteresowany nową koleżanką i robił wszystko, żeby móc do niej podejść i ją obwąchać. W końcu, za przyzwoleniem Elvii, pozwoliłam mu podejść na chwilę do French, która była niewzruszona całą tą sytuacją. Ash przywitał się z nią, po czym stwierdził że zaspokoił swoją ciekawość i uspokoił się. French z kolei interesowała się każdym kamieniem, dziurą, przedmiotem... ogólnie wszystkim. Wszystko było nowe i ciekawe. Zachowywała jednak przy tym spokój i bez problemu dała się wyczyścić i osiodłać swojej właścicielce. Mandy z kolei zerkała co chwilę z niepokojem w stronę French tak, jakby trochę się jej bała. U niej jednak było to normalne. 
Gdy wszystkie rumaki były gotowe, założyliśmy na głowy kaski, wsiedliśmy na siodła i ruszyliśmy w stronę lasu. Łukasz i Mandy pojechali przodem, za nimi Elvia i French a na końcu ja i Ash. Wałachowi zdecydowanie nie podobało się, że idzie na końcu, ale cóż zrobić, ktoś musi iść ostatni i tym razem akurat padło na niego. 
Od początku jechaliśmy dość energicznie, ponieważ trening miał być stosunkowo długi, więc chcieliśmy dobrze rozgrzać rumaki. Konie były mniej więcej dopasowane poziomem, przynajmniej jeśli chodzi o klasy zawodów w których normalnie startują. Co prawda Mandy i French były przygotowane do klasy P, a Ash do N, jednak nie powinno to stanowić problemu. 
Gdy wjechaliśmy na łąkę przy stajni ruszyliśmy kłusem. Pierwszy odcinek kłusa miał być trochę testem, więc nie miał być bardzo długi. Mandy szła dobrym tempem, tak samo jak French. Ash złościł się, że musi jechać na końcu zastępu, ale postanowiłam go ignorować. Kłusowaliśmy przez jakieś 5 minut, po czym przeszliśmy do stępa i zjechaliśmy z łąki w dół, żeby wjechać do lasu. Żaden z naszych rajdowych rumaków nie miał problemów z pokonaniem wzniesienia, więc gdy wszyscy znaleźliśmy się na dole, ponownie ruszyliśmy kłusem. Tym razem czekał nas dłuższy odcinek kłusa, 10-minutowy. Jechaliśmy prostą, dość płaską jak na Bieszczady, drogą. Nie było tu kamieni ani wystających korzeni, więc konie mogły iść nie martwiąc się jakością podłoża. Konie były bardzo grzeczne, czego szczerze mówiąc się nie spodziewałam, zważywszy na to, że był wśród nich jeden którego pozostałe dwa widziały chyba pierwszy raz w życiu. French Revolution jakby też zaakceptowała zupełnie obce sobie konie i obce środowisko. No idealnie!
Po 10-minutowym odcinku kłusa przeszliśmy do stępa. Droga zrobiła się bardziej kręta i zaczęła biec lekko pod górę. Pod kopytami koni pojawiło się również więcej korzeni. Byłam ciekawa jak na takie podłoże zareaguje French, ale na szczęście arabka nie miała żadnych problemów z uważnym stawianiem kopyt. Pomimo tego, że teraz musiała się zastanawiać gdzie postawić nogę, to nie traciła tempa. 
Gdy znaleźliśmy się na prostej drodze ponownie ruszyliśmy kłusem. Tym razem czekał nas już odcinek 20-minutowy. Droga biegła lekko pod górę, ale było to na prawdę lekkie wzniesienie, więc nie wpływało to na tempo koni. Pilnowaliśmy, żeby konie poruszały się równym tempem, jak najbardziej naturalnym dla każdego z nich. French i Mandy obie były arabami o podobnej budowie i tempie chodu, więc dobrze się ze sobą zgrały. Ash z kolei był trochę od nich większy i stawiał dłuższe kroki, przez co musiałam go pilnować, żeby trzymał odstęp od zadu French. Achał jednak chyba pogodził się z faktem że idzie na końcu i przestał się ze mną szarpać. 
Przeszliśmy na chwilę do stępa, żeby podjechać pod dość strome wzniesienie. Konie wspięły się na górę bez żadnych problemów. 
Znaleźliśmy się na łące, gdzie postanowiliśmy sobie zagalopować. Każdy miał jechać własnym tempem, bo każdy najlepiej znał swojego konia. Oczywiście zastęp lekko nam się rozjechał, ale żaden z koni ani nie wysunął się jakoś znacząco na prowadzenie, ani żaden nie został bardzo z tyłu. Wszystkie galopowały w mniej więcej podobnym tempie, w jednej linii, obok siebie ale w dość dużych odstępach. Łąka byłą szeroka, więc mogliśmy sobie na to pozwolić. 
Na końcu łąki przeszliśmy do kłusa i kolejne 20 minut jechaliśmy tym chodem. Z tej strony wjazd do lasu był łagodny i nie było potrzeby przechodzić do stępa. Konie nie wykazywały żadnych oznak zmęczenia. Zerknęłam na zegarek. Poruszaliśmy się w tempie około 16 km/h, co było bardzo dobrym wynikiem. 
Znów przeszliśmy do stępa po minięciu wyznaczonego czasu. Powoli kierowaliśmy się już w stronę stajni, jednak wciąż mieliśmy przed sobą trochę drogi. W przerwie od treningu kondycyjnego postanowiliśmy pojechać na chwilę na górki, bo w końcu byliśmy w Bieszczadach. Przez około 1 km. droga wyglądała tak, że była górka za górką. Konie musiały więc wspiąć się na niewielkie wzniesienie, zejść z niego i od razu wejść na następne. Wzniesienia były łagodne, można było je pokonać około 4-5 krokami w stępie, ale taka praca, mimo że nie wyglądała na ciężką na pierwszy rzut oka, to świetnie działała na mięśnie zadu i grzbietu. 
Każdy koń jechał swoim tempem i staraliśmy się nie przeszkadzać sobie nawzajem. Przez to zastęp znów nam się trochę rozjechał, ale nie miało to dużego znaczenia. Nasze dwa konie radziły sobie bardzo dobrze, bo już znały to miejsce i wiedziały o co chodzi. French z kolei na początku była trochę zdziwiona, ale już po chwili również śmigała po górkach i nawet wyglądała na całkiem zadowoloną i zainteresowaną nową formą ćwiczenia. 
Gdy dojechaliśmy do końca pozwoliliśmy koniom przez chwilę iść stępem po płaskiej drodze na wydłużonej wodzy, a następnie ponownie ruszyliśmy kłusem. Jechaliśmy przez kolejne 20 minut po równej, prostej drodze. 
W końcu, gdy byliśmy już prawie w domu skręciliśmy w stronę rzeki. Wjechaliśmy do niej i przez kilka minut jechaliśmy w wodzie pod prąd, który był bardzo łagodny, więc taki spacer nie był niebezpieczny. Na dnie nie było kamieni ani zapadającego się piasku, więc mogliśmy spokojnie jechać. Konie musiały trochę wyżej podnosić nogi, a woda dodatkowo chłodziła je po treningu. 
W końcu znaleźliśmy się na łące przy stajni. Jechaliśmy już stępem, na długich wodzach, żeby dokładnie rozstępować konie po treningu. Rumaki wyglądały na zadowolone i lekko zmęczone, ale bez przesady. 
Pod stajnią zsiedliśmy z koni, zdjęliśmy im siodła i dokładnie obejrzeliśmy im grzbiety i nogi. Wyczyściliśmy im też kopyta i schłodziliśmy nogi na myjce. Wszystkie trzy konie były trochę mokre, a dzień był dość chłodny, więc postanowiliśmy ubrać je w derki polarowe i postawić na chwilę do stajni, żeby ochłonęły. Następnie odnieśliśmy cały sprzęt do siodlarni i poszliśmy na gorącą herbatę i kanapki rozmawiając po drodze o naszych wrażeniach z treningu, folblutach i ostatnich zawodach. 

3 komentarze:

  1. Dziękuje <3 trening klinikowy będzie najpewniej dziś wieczorem

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Zmiana planów, będzie jutro po południu. Nie działa mi wifi xD pisze z telefonu, z mega słabego internetu, ale mam nadzieje ze komentarz dojdzie bo nie chce nikogo w błąd wprowadzać.

      Usuń
  2. http://homestead-trainings.blogspot.com/2017/09/klinika-skokowa-dzien-2.html

    OdpowiedzUsuń