Jeźdźcy: Antek, Magda, Esmeralda
Dyscyplina: ujeżdżenie (L, L, P)
Miejsce: ujeżdżalnia
Czas: 1,5 godziny
Jesień nadeszła już na dobre. Było dość chłodno, ale na szczęście przez ostatnie kilka dni nie padał deszcz i ujeżdżalnia zdążyła wyschnąć. W planach było dziś trochę treningów przed południem, a wieczorem trochę jazd rekreacyjnych z klientami. W związku z tym, żeby nie marnować czasu już o 8.00 szykowaliśmy konie na pierwszy trening. Trzeba było wziąć Viennę na jazdę zapoznawczą oraz ruszyć Quimba i Tyśkę. Do wypróbowania Vienny został wybrany Antek, który co prawda docelowo nie miał być głównym jeźdźcem klaczy, ale był akurat pod ręką i miał chwilę wolnego czasu. Magda ucieszyła się na wiadomość, że będzie jeździć na Quimbie, bo był to chyba jej ulubiony koń do jazdy. Mi z kolei też pasowała Fantyna, więc jakoś nie narzekałam, że tylko ona mi została.
Każde z nas poszło po swojego konia na padok. Fantine dała się złapać bez problemu, więc byłam pierwszą osobą która wróciła pod stajnię. Chwilę później zjawiła się Magda prowadząc drącego się z całej siły płuc Quimba. Wałach co chwilę oglądał się za siebie i darł się do koni, które zostały na padoku. Na szczęście kiedy zobaczył Fantine trochę się uspokoił. Zanotowałam w mózgu, że trzeba będzie z tym koniem popracować z ziemi. Może wkręcę w to Łukasza. Magda przywiązała Quimba do koniowiązu i zaczęła czyścić, pomimo że wałach łaził, kopał nogą w ziemię i ogólnie zachowywał się karygodnie. Zdecydowanie praca z ziemi się przyda. Na szczęście Magda należała do osób zdecydowanych, więc nie dawała wałachowi wchodzić sobie na głowę, a ten po kilku minutach trochę się uspokoił.
Gdy już prawie kończyłyśmy czyszczenie naszych rumaków z padoku wrócił Antek prowadząc zadowoloną z siebie Viennę. Klacz miała to do siebie, że lubiła czasem uciekać przed człowiekiem. Antek przeprosił nas, że musiałyśmy czekać (na co machnęłam tylko ręką) i zabrał się do czyszczenia klaczy. Wzięłam kopystkę ze skrzynki i postanowiłam pomóc chłopakowi, żebyśmy mogli zacząć trening w jednym momencie.
Po chwili wszystkie trzy konie były już gotowe do jazdy. Jak zwykle musiałam stanąć na krześle, żeby założyć Tyśce siodło, ale siwa już się do tego przyzwyczaiła i nie zrobiło to na niej wrażenia. W końcu wsiedliśmy na grzbiety naszych rumaków i ruszyliśmy w stronę łąki, bo tam zamierzaliśmy dziś jeździć.
Podczas drogi przez las Magda jechała na Quimbie jako pierwsza, co zazwyczaj byłoby słabym pomysłem, ale po pierwsze Magda była bardzo zdecydowanym i odważnym jeźdźcem, a po drugie jechała z nami, a my też całkiem nieźle radziliśmy sobie w siodle. Poza tym Quimbowi przyda się trochę poprzestawiać w głowie, bo wałach ostatnio leciał sobie w kulki ze wszystkimi. Kilka (jak nie kilkanaście...) razy wałach odskoczył na bok, próbował zawrócić, albo chować się za idącą za nim Fantyną. Magda jednak nie dawała za wygraną konsekwentnie wysyłając wałacha do przodu za pomocą łydek i bata.
W końcu dojechaliśmy na łąkę, a Quimbo trochę się ogarnął i zaczął traktować Magdę z jako takim szacunkiem. Sukces!
Na łące każde z nas rozjechało się we własną stronę. Z całego towarzystwa Fantine była zdecydowanie najbardziej ogarnięta. Grzecznie zmieniała chody, zatrzymywała się i ruszała. Oczywiście, jak zwykle potrzebowałam dawać jej dość mocne sygnały, ale ogólnie klacz wykonywała wszystkie moje polecenia bez buntów. Początkowo była trochę sztywna na kołach i nie chciała się ładnie wygiąć do środka, ale po pojeżdżeniu trochę po dużych kołach i stopniowym ich zmniejszaniu Tyśka ładnie odpuściła i zaczęła wyginać się odpowiednio do kierunku jazdy. W ogóle nie robiło na niej wrażenia, że Quimbo jest głupi.
Vienna była na łące pierwszy raz, więc Antek spokojnie pozwolił jej na obejrzenie każdego zakątka placu, jednak gdy zaczęli pracy wymagał od niej już skupienia, ponieważ powiedziałam mu, że ten koń bywa mocno rozkojarzony i elektryczny. Antek pozwolił Viennie iść energicznie jej własnym tempem, ale wymagał od niej cały czas ładnego ustawienia i skupienia się na jeźdźcu. Vienna dobrze zareagowała na takie traktowanie i w sumie dobrze współpracowała z Antkiem. Widać jednak było, że wystarczyłoby moment rozkojarzenia ze strony jeźdźca, a klacz zaczęłaby kombinować. Przy zagalopowaniu na przykład lekko odpaliła, ale Antek szybko ją opanował, ponownie pozwalając jej iść energicznie, ale w ustawieniu.
Quimbo z kolei wyczyniał wszystko oprócz tego czego Magda od niego chciała, łącznie z lekkim stawaniem dęba, brykaniem i nagłym zatrzymywaniem się. Dostał jednak kilka razy po dupie i na szczęście trochę się ogarnął. Dziękowałam w duchu, że nie siedziało na nim w tym momencie żadne dziecko z rekreacji i ponownie zapisałam sobie w mózgu, że za tego konia trzeba się porządnie wziąć. Na szczęście Magda dała radę opanować wrednego kucopodobnego konia i w pewnym momencie udało im się nawet zrobić lotną zmianę nogi w galopie.
Na koniec treningu porządnie rozkłusowaliśmy i rozstępowaliśmy konie, bo było dość chłodno, a nasze konie zarośnięte zimową sierścią dość mocno się spociły. W końcu postanowiliśmy wracać do stajni. Ponownie Magda jechała jako pierwsza. Quimbo raz spróbował schować się za Tyśkę, ale dostał po dupie i więcej nie próbował. Szedł dzielnie jako pierwszy, za co został przez Magdę mocno wygłaskany. Może coś jeszcze będzie z tego konia, jak się za niego mocniej zabierzemy.
Pod stajnią zsiedliśmy, rozsiodłaliśmy konie, obejrzeliśmy ich grzbiety i kopyta, a następnie wypuściliśmy rumaki na padoki. Chyba wszystkie od razu się położyły i zaczęły tarzać. Fantine zmieniła przez to maść na karą, ale machnęłam na to ręką.
Każde z nas poszło po swojego konia na padok. Fantine dała się złapać bez problemu, więc byłam pierwszą osobą która wróciła pod stajnię. Chwilę później zjawiła się Magda prowadząc drącego się z całej siły płuc Quimba. Wałach co chwilę oglądał się za siebie i darł się do koni, które zostały na padoku. Na szczęście kiedy zobaczył Fantine trochę się uspokoił. Zanotowałam w mózgu, że trzeba będzie z tym koniem popracować z ziemi. Może wkręcę w to Łukasza. Magda przywiązała Quimba do koniowiązu i zaczęła czyścić, pomimo że wałach łaził, kopał nogą w ziemię i ogólnie zachowywał się karygodnie. Zdecydowanie praca z ziemi się przyda. Na szczęście Magda należała do osób zdecydowanych, więc nie dawała wałachowi wchodzić sobie na głowę, a ten po kilku minutach trochę się uspokoił.
Gdy już prawie kończyłyśmy czyszczenie naszych rumaków z padoku wrócił Antek prowadząc zadowoloną z siebie Viennę. Klacz miała to do siebie, że lubiła czasem uciekać przed człowiekiem. Antek przeprosił nas, że musiałyśmy czekać (na co machnęłam tylko ręką) i zabrał się do czyszczenia klaczy. Wzięłam kopystkę ze skrzynki i postanowiłam pomóc chłopakowi, żebyśmy mogli zacząć trening w jednym momencie.
Po chwili wszystkie trzy konie były już gotowe do jazdy. Jak zwykle musiałam stanąć na krześle, żeby założyć Tyśce siodło, ale siwa już się do tego przyzwyczaiła i nie zrobiło to na niej wrażenia. W końcu wsiedliśmy na grzbiety naszych rumaków i ruszyliśmy w stronę łąki, bo tam zamierzaliśmy dziś jeździć.
Podczas drogi przez las Magda jechała na Quimbie jako pierwsza, co zazwyczaj byłoby słabym pomysłem, ale po pierwsze Magda była bardzo zdecydowanym i odważnym jeźdźcem, a po drugie jechała z nami, a my też całkiem nieźle radziliśmy sobie w siodle. Poza tym Quimbowi przyda się trochę poprzestawiać w głowie, bo wałach ostatnio leciał sobie w kulki ze wszystkimi. Kilka (jak nie kilkanaście...) razy wałach odskoczył na bok, próbował zawrócić, albo chować się za idącą za nim Fantyną. Magda jednak nie dawała za wygraną konsekwentnie wysyłając wałacha do przodu za pomocą łydek i bata.
W końcu dojechaliśmy na łąkę, a Quimbo trochę się ogarnął i zaczął traktować Magdę z jako takim szacunkiem. Sukces!
Na łące każde z nas rozjechało się we własną stronę. Z całego towarzystwa Fantine była zdecydowanie najbardziej ogarnięta. Grzecznie zmieniała chody, zatrzymywała się i ruszała. Oczywiście, jak zwykle potrzebowałam dawać jej dość mocne sygnały, ale ogólnie klacz wykonywała wszystkie moje polecenia bez buntów. Początkowo była trochę sztywna na kołach i nie chciała się ładnie wygiąć do środka, ale po pojeżdżeniu trochę po dużych kołach i stopniowym ich zmniejszaniu Tyśka ładnie odpuściła i zaczęła wyginać się odpowiednio do kierunku jazdy. W ogóle nie robiło na niej wrażenia, że Quimbo jest głupi.
Vienna była na łące pierwszy raz, więc Antek spokojnie pozwolił jej na obejrzenie każdego zakątka placu, jednak gdy zaczęli pracy wymagał od niej już skupienia, ponieważ powiedziałam mu, że ten koń bywa mocno rozkojarzony i elektryczny. Antek pozwolił Viennie iść energicznie jej własnym tempem, ale wymagał od niej cały czas ładnego ustawienia i skupienia się na jeźdźcu. Vienna dobrze zareagowała na takie traktowanie i w sumie dobrze współpracowała z Antkiem. Widać jednak było, że wystarczyłoby moment rozkojarzenia ze strony jeźdźca, a klacz zaczęłaby kombinować. Przy zagalopowaniu na przykład lekko odpaliła, ale Antek szybko ją opanował, ponownie pozwalając jej iść energicznie, ale w ustawieniu.
Quimbo z kolei wyczyniał wszystko oprócz tego czego Magda od niego chciała, łącznie z lekkim stawaniem dęba, brykaniem i nagłym zatrzymywaniem się. Dostał jednak kilka razy po dupie i na szczęście trochę się ogarnął. Dziękowałam w duchu, że nie siedziało na nim w tym momencie żadne dziecko z rekreacji i ponownie zapisałam sobie w mózgu, że za tego konia trzeba się porządnie wziąć. Na szczęście Magda dała radę opanować wrednego kucopodobnego konia i w pewnym momencie udało im się nawet zrobić lotną zmianę nogi w galopie.
Na koniec treningu porządnie rozkłusowaliśmy i rozstępowaliśmy konie, bo było dość chłodno, a nasze konie zarośnięte zimową sierścią dość mocno się spociły. W końcu postanowiliśmy wracać do stajni. Ponownie Magda jechała jako pierwsza. Quimbo raz spróbował schować się za Tyśkę, ale dostał po dupie i więcej nie próbował. Szedł dzielnie jako pierwszy, za co został przez Magdę mocno wygłaskany. Może coś jeszcze będzie z tego konia, jak się za niego mocniej zabierzemy.
Pod stajnią zsiedliśmy, rozsiodłaliśmy konie, obejrzeliśmy ich grzbiety i kopyta, a następnie wypuściliśmy rumaki na padoki. Chyba wszystkie od razu się położyły i zaczęły tarzać. Fantine zmieniła przez to maść na karą, ale machnęłam na to ręką.



Brak komentarzy:
Prześlij komentarz