Jeździec: Esmeralda
Dyscyplina: wyścigi [2.000 m.]
Czas: godzina
Gniady ogier stał przy koniowiązie cały oblepiony błotem, patrząc na mnie świecącymi oczami. Był to najpiękniejszy widok dla każdego trenera. Nie, nie chodzi mi widok konia, który z gniadego nagle stał się brudnokasztanowaty, ale właśnie o ten błysk w oku. To zwierzę miało wielką nadzieję, że zaraz wskoczę na jego grzbiet [i najlepiej żebym zrobiła to w tym momencie, nie zważając na fakt, że ogier nie ma na sobie ani siodła, ani ogłowia, a cały wysmarowany jest błotem] i pogalopujemy gdzieś na łące w dzikim tempie. Niestety musiałam rozczarować mojego wierzchowca, ponieważ pogalopować będziemy mogli dopiero kiedy całe to błoto zniknie z jego sierści. Tak jak przewidziałam, trochę czasu to zajęło. Summer w tym czasie wiercił się i kręcił. W jego mniemaniu takie zachowanie przyśpiesza czyszczenie.
Gdy ogier był już czysty założyłam mu siodło ochraniacze i ogłowie, a sobie toczek na głowę, wzięłam palcat i wskoczyłam na grzbiet mojego wierzchowca. Gdy tylko dotknęłam tyłkiem siodła ogier ruszył z miejsca galopem. Było to na tyle niespodziewane [nigdy czegoś takiego nie robił!], że odruchowo szarpnęłam za wodze i odchyliłam się do tyłu. Folblut od razu stanął w miejscu. Dopiero teraz dotarło do mnie co się właśnie stało i jak źle mogło sie to skończyć. Wciąż jednak nie rozumiałam dlaczego on to zrobił? Lekko dotknęłam ogiera łydkami. Ruszył bardzo szybkim stępem przed siebie. Czułam się jakbym siedziała na bombie. Jeden fałszywy ruch i wybuchnie. Fakt, wczoraj nie trenowaliśmy, ale bez przesady! Przecież zawsze może sobie po łące pobiegać. Postanowiłam jednak po prostu przyjąć do wiadomości fakt, że ogier ma za dużo energii. Trzeba będzie dziś się trochę zmęczyć.
Podczas drogi na łąkę Summer już się trochę uspokoił. Widocznie doszedł do wniosku, że i tak idziemy na trening, więc powinien się cieszyć. Dotarliśmy więc bez większych problemów. Rozgrzewka też upłynęła spokojnie. Ogier szedł stępem i kłusem tak jak od niego chciałam. Tylko raz spróbował zagalopować z miernym skutkiem.
Po 15 minutach rozgrzewki ustawiłam Summer’a tyłem do drogi prowadzącej do stajni, a przodem do łąki i dałam mu sygnał do zagalopowania. Jednocześnie złapałam wodze za samą końcówkę i przytrzymałam się czarnej grzywy folbluta. Summer nie dość, że od razu ruszył na prawdę dobrym tempem, to jeszcze strzelił dwa razy naprawdę porządnie z zadu. Po przegalopowaniu kilkunastu metrów w ten sposób zaczęłam działać wodzami, żeby ogier zwolnił. Ten usztywnił jednak pysk i szyję. Miał mnie kompletnie gdzieś. Zwiększyłam jednak nacisk na jego pysku i odchyliłam się do tyłu. Summer lekko zwolnił, ale nadal bardzo mocno napierał pyskiem na wodze. Bardzo chętnie pozwoliłabym mu pogalopować szybciej, tyle że po pierwsze przed nami był długi dystans, a po drugie jego nogi nie są już tak mocne jak kiedyś. Przegalopowaliśmy bez większych problemów całą pierwszą prostą, ale przed zakrętem zaczęły pojawiać się kłopoty. Ogier znów odmówił zwolnienia. Szarpnęłam więc wewnętrzną wodzą przyciągając ją do swojej nogi, żeby wybić konia z rytmu. Zwolnił. Wyrównałam wodze, ale już nie pozwalałam mu przyśpieszyć. W zakręt weszliśmy w dobrym tempie. Zaraz po nim pozwoliłam ogierowi na lekkie przyśpieszenie. Cały czas jednak kontrolowałam prędkość. Summer jednak miał trochę inne zdanie, bo zadarł głowę i przyśpieszył o wiele za bardzo, niż powinien. Co się dziś dzieje z tym koniem? Spróbowałam odwrotnej taktyki: puściłam kompletnie wodze i zaczęłam wypychać ogiera do przodu, pomagając sobie co jakiś czas palcatem. Summer był na tyle zdziwiony, że przez chwilę nie miał pojęcia co zrobić, lecz już po chwili poskładał myśli i skoczył do przodu. Ryzykowałam w tym momencie kontuzję, ale nie miałam już pomysłu co zrobić z zachowaniem ogiera. Pozwoliłam mu w ten sposób przegalopować ok. 200 metrów, po czym zaczęłam nagle hamować. Summer poddał się moim poleceniom. Pogłaskałam go po szyi. Weszliśmy w kolejny zakręt, a przed nami była już ostatnia prosta. Kompletnie puściłam wodze i zaczęłam poganiać ogiera. Summer wystrzelił przed siebie dzikim galopem. Złapałam rękami za jego czarną grzywę i wtuliłam w nią twarz. Gdy przecięliśmy umowny celownik zaczęłam stopniowo zwalniać. Na początku wolno galopowaliśmy, potem przeszliśmy do kłusa. Jeszcze przez jakieś 10 minut kazałam ogierowi iść tym chodem, aż nie zwolniliśmy do stępa. Poluzowałam wodze i pozwoliłam gniademu odpocząć. Nadal nie wiedziałam, jaki los czeka tego 7-letniego wyścigowca, jednak byłam pewna jednego: będziemy się ścigać jeszcze tak długo, jak mój wierzchowiec będzie miał siłę i chęć to robić. Nawet kiedy osiągniemy dno, nie poddamy się.
Stępem wróciliśmy do stajni, gdzie rozsiodłałam ogiera i jeszcze przez 20 minut chodziłam z nim przed stajnią, żeby trochę ochłonął. Szedł grzecznie obok mnie. Widocznie był zadowolony z tego, że trochę pobiegał i nic więcej nie było mu do szczęścia potrzebne. Po 20 minutach wyczesałam mu sierść i wyczyściłam kopyta, po czym wypuściłam na pastwisko.
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz