Koń: *Summer
Jeździec: Esmeralda
Dyscyplina: wyścigi [ok. 1200 m.]
Czas: 45 minut
Summer stał przywiązany przed stajnią w pełnej gotowości. Ja jeszcze tylko szukałam w siodlarni odpowiedniego kasku i palcata. Co chwilę słyszałam, jak mój rumak tupie i rży. Albo już chciał trenować, albo wręcz przeciwnie: wrócić do swoich kolegów na pastwisko. Niestety dziś na prawdę musimy potrenować. Postanowiłam sprawdzić go na krótszych dystansach. Kiedyś nie miał z tym żadnych problemów, ale ostatnio ściga się raczej na tych dłuższych. Zależy mi jednak na jego wszechstronności, więc dziś zajmiemy się dystansem około 1200 m. ‚Około’, ponieważ na naszej łące ciężko to wyliczyć.
Odpięłam ogiera i wskoczyłam na jego grzbiet. Nie czekając na moje polecenie Summer ruszył przed siebie. Ściągnęłam wodze i zatrzymałam konia. Podciągnęłam popręg i dopiero wtedy pozwoliłam gniademu ruszyć. Był z tego powodu bardzo niezadowolony. Droga na łąkę minęła nam spokojnie. Nie licząc jednego spłoszenia się. Chociaż moim zdaniem nie był to strach, a chęć pogalopowania.
Na łące kazałam ogierowi ruszyć kłusem. Przez ok. 10 minut rozgrzewaliśmy się w stępie i kłusie. Summer szedł wyjątkowo ładnie jak na swoje standardy. Nawet oparł się lekko na wodzy i nie próbował się wyrywać. Po skończonej rozgrzewce ustawiłam go tradycyjnie tyłem do drogi prowadzącej do stajni i dałam sygnał do zagalopowania. Tym razem jednak wypchnęłam go mocno i użyłam lekko palcata. Chciałam, żeby ładnie wystartował. Summer od razu zrozumiał o co mi chodzi i wyskoczył do przodu. Od początku chciałam, żeby trzymał bardzo wysokie tempo. Należał do koni wytrzymałych, więc nie powinno być to dla niego problemem. Od początku więc popędzałam ogiera za pomocą łydek. Summer stawiał te swoje denerwujące krótkie kroki, ale biegł na prawdę szybko. Dystans był na tyle krótki, że obejmował tylko długą prostą, zakręt i kawałek krótszej. Na długiej rozpędziłam konia, dając mu luz na pysku i cały czas pilnując nogami, żeby nie zwolnił. Summer jednak nie miał wcale takiego zamiaru. Z radością dawał z siebie prawie wszystko i był szczęśliwy, że w końcu może się wybiegać.
Przy zakręcie lekko ściągnęłam wodze. Nie chciałam, żeby wszedł w niego z taką prędkością, bo mogło to być niebezpieczne. Ogier zareagował z opóźnieniem, przez co na początku przechylił się mocno w prawą stronę. Ściągnęłam więc wodze mocniej i przechyliłam się na lewo. Ogier nie stracił jednak przez to równowagi i pogalopował dalej. Od razu po wyjściu z zakrętu użyłam łydek i palcata. Summer wystrzelił przed siebie tak, że musiałam przytrzymać się grzywy, żeby podmuch powietrza nie zrzucił mnie z siodła. W tym momencie mój koń prawdopodobnie dawał z siebie wszystko, co mógł w takich warunkach. Jeśli byłby przed nim drugi koń, prawdopodobnie mógłby pobiec jeszcze szybciej. Czułam, jak jego krok lekko się wydłuża. Niestety nadal był bardzo krótki jak na krok folbluta. Summer przebierał więc nogami straszliwie szybko, stawiając krótkie kroki. Mimo to był w stanie prześcignąć niejednego konia z o wiele dłuższym chodem.
Minęliśmy miejsce, które umownie miało być metą. Powoli zaczęłam hamować. Na początku zwolniliśmy galop, potem przeszliśmy do kłusa. Jeszcze chwilę utrzymałam konia w tym chodzie. Nie chciałam, żeby od razu po galopie stępował, musiałam go rozkłusować. Summer niechętnie kłusował. Był to chyba jego najmniej ulubiony chód. Bo w końcu po co biegać tak wolno? Jaki to ma sens? Nawet teraz próbował zagalopować, a kiedy zobaczył, że nie można i na prawdę mu nie pozwolę, próbował zwolnić do stępa. Zabawny konik. W końcu po kilku minutach pozwoliłam mu zwolnić. Pogłaskałam jego lekko spoconą szyję i dałam luźniejszą wodzę. Pierwsze, co Summer zrobił, to pochylił głowę i podrapał się w nią nogą. W sumie pozwoliłabym mu na to, gdyby nie fakt, że miał na sobie wytok i bałam się, że się zaplącze. Ściągnęłam więc jego głowę z powrotem na górę i ruszyliśmy stępem w stronę stajni. Droga upłynęła spokojnie i nawet wielki krzak przestał być straszny.
Pod stajnią zsiadłam z konia, zdjęłam siodło i zapięłam kantar na jego szyi. Dokładnie wyczyściłam sierść i kopyta anglika, po czym zdjęłam ogłowie i założyłam mu kantar. Przez cały ten czas ogier tupał i złościł się, że nie może jeszcze iść na pastwisko. Gdy próbował mnie ugryźć [chyba pierwszy raz w życiu!] dostał z łokcia z pysk i się uspokoił. A raczej obraził, bo już do końca czyszczenia nie odwrócił się w moją stronę. Dostał jednak kawałek jabłka i zabrałam go na wybieg.
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz