Koń: *My Rugged Destiny
Jeździec: Esmeralda
Dyscyplina: ujeżdżenie kl. L
Czas: godzina
Jeździec: Esmeralda
Dyscyplina: ujeżdżenie kl. L
Czas: godzina
W stajni stał już tylko jeden koń, który mi został do ruszenia: My Rugged Destiny, potocznie zwany Rugiem. Stał spokojnie w swoim boksie z nastawionymi uszami. Ostatnio był kontuzjowany, więc praktycznie od ponad miesiąca nie miał porządnego treningu ujeżdżeniowego. Jeśli w jego wypadku w ogóle można mówić o ‚porządnym treningu’.
Podeszłam do wałacha i pogłaskałam go po chrapach. Wałach przyjaźnie wyciągnął łeb w moją stronę i trącił w ramię. Uśmiechnęłam się i zmierzwiłam mu grzywkę na czole. Wzięłam kantar z kołka na siodło i założyłam go na głowę Rugged’a. Odsunęłam zasuwę w boksie, równocześnie popychając konia do tyłu, żeby nie wyszedł. Nie jest to typ konia, który uciekałby z boksu, ale jednak wolałam zapobiegać. Rzuciłam okiem na konia, chwyciłam za kantar i wyprowadziłam go ze stajni. Szedł grzecznie obok mnie, mimo że wszystkie konie były na pastwiskach i na pewno chętniej biegałby teraz z nimi, niż chodził pod siodłem na treningu.
Przywiązałam go do koniowwiązu i zostawiłam na chwilę. Poszłam do siodlarni po szczotki, siodło i ogłowie. Wałach nie był brudny, więc wystarczyło kilka ruchów zgrzebła i już był gotowy do zakładania siodła. Założyłam je delikatnie na grzbiet konia i zapięłam popręg. Następnie wzięłam do ręki ogłowie, odpięłam kantar i założyłam je na głowę konia, zapinając kantar na jego szyi. Zapięłam podgardle i nachrapnik i znów zostawiłam Rugged’a na chwilę samego. Odniosłam szczotki i przyniosłam toczek i palcat ujeżdżeniowy. Założyłam toczek i odpięłam Rugged’a. Opuściłam strzemiona i podciągnęłam popręg. Włożyłam nogę w strzemię i usiadłam na siodle. Rugged grzecznie stał w miejscu, mimo że wodze były kompletnie luźne. Podciągnęłam jeszcze popręg o dwie dziurki, wzięłam wodze w rękę i ruszyliśmy stępem w dół, żeby dotrzeć na ujeżdżalnię z przeszkodami, a z niej na łąkę. Rugged grzecznie przeszedł obok dwóch pastwisk [stajennych koni i wałachów], nie robiąc żadnego problemu. Wjechaliśmy na łąkę, gdzie od razu narzuciłam wałachowi dość żwawe tempo stępa. Rugged od razu opuścił głowę i podstawił zad. On jest w ogóle tak zupełnie inny od reszty moich koni. Idealnie reaguje na wszystkie pomoce, sam się ustawia, słucha się…
Zaczęłam robić z nim wolty, pilnując wygięcia i tempa. Koń na początku był lekko spięty, ale już za drugim razem rozluźnił się na tyle, że wystarczyły naprawdę lekkie sygnały, żeby spełnił moją prośbę. Zaczęłam od szerokich wolt i stopniowo przechodziłam do coraz mniejszych. Rugged podporządkował się zupełnie mojej ręce i można powiedzieć, że miałam go w małym palcu. Uwielbiam, kiedy taki jest.
Po 10 minutach rozgrzewki w stępie na obie strony przyłożyłam łydki dając sygnał wałachowi do zakłusowania. Ruszył od razu, nie zmieniając pozycji głowy. Pozwoliłam mu na razie iść własnym tempem [czyli średnio szybkim]. Rugged szedł luźno. Poluzowałam trochę wodze, żeby nie mieć go na takim mocnym kontakcie. Przekłusowaliśmy jedno kółko na luźno, a potem wzięliśmy się do pracy. Przede wszystkim zrobiłam z nim na rozgrzewkę kilka wolt. Tym razem nie było żadnych zawahań, wałach szedł wspaniale. Następnie dodałam skracania i wydłużania kłusa. Na początku na krótkich ścianach skracałam, na długich wydłużałam. Następnie robiłam coraz więcej takich przejść w krótszym czasie. Na początku Rugged trochę się gubił, ale jak tylko zaczynało mu się plątać pozwoliłam mu kłusować przez dłuższy czas równym tempem, po czym zaczynałam od nowa. W końcu doszło do tego, że wałach mógł zrobić 3 kroki wyciągnięte, po czym skrócić kłus, zrobić 3 kroki i znów wyciągnąć. Rugged dziś mnie pozytywnie zaskakiwał. Mimo niedawnej kontuzji zachowywał się wspaniale. Również jego zaangażowanie w trening było godne podziwu. Przeszłam na chwilę do stępa, ale nie po to, żeby odpocząć. Na to jeszcze nie czas. Ustawiłam wałacha na długiej ścianie i za pomocą lekkiego ruchu wewnętrznej wodzy i łydki nakłoniłam go do wygięcia głowy do środka. Rugged ma to ćwiczenie opanowane do perfekcji, więc od razu zrozumiał o co mi chodzi. Zrobiliśmy to ćwiczenie w dwie strony, wyginając się do środka i na zewnątrz, na czym poprzestaliśmy. Nie chciałam męczyć konia monotonnymi ćwiczeniami. Znów ruszyliśmy kłusem i znów ćwiczyliśmy wygięcie głowy. Rugg również to miał opanowane, więc nie było po co się tu zatrzymywać. Po przekątnej zmieniłam kierunek. Na następnym zakręcie usiadłam w siodle i dałam Rugged’owi sygnał do zagalopowania. Było dość ślisko z powodu błota, więc pozwoliłam mu tylko na bardzo wolny galop. Czułam, że chciałby się rozpędzić, ale mimo to pozostawał pod moją kontrolą z własnej woli. Zrobiłam z nim dwie wolty, po czym wjechałam na przekątną, na której poprosiłam wałacha o zmianę nogi. Za pierwszym razem się nie udało, więc wzmocniłam pomoce i tym razem było już dobrze. W drugą stronę również porobiliśmy kilka wolt, po czym przeszliśmy do kłusa. Poluzowałam wodze [trzymałam je za samą końcówkę] i pozwoliłam bułanemu iść własnym tempem. Koń wyciągnął szyję i wydłużył krok. Pogłaskałam go po szyi. Byłam na prawdę zadowolona z jego dzisiejszej pracy.
Przekłusowaliśmy jeszcze 2 kółka, po czym zatrzymałam go na środku placu i zsiadłam. Niestety Rugg jest bardzo oporny w nauce spokojnego stania, kiedy jeździec otwiera bramę z jego grzbietu, więc niestety musiałam zsiąść, otworzyć bramę, wyprowadzić konia i znów wsiąść.
Jechaliśmy na luźnej wodzy w stronę stajni. Tam zsiadłam z konia i zdjęłam siodło. Wałach nie był mokry, więc tylko wyczyściłam mu kopyta i zaprowadziłam na pastwisko.
Podeszłam do wałacha i pogłaskałam go po chrapach. Wałach przyjaźnie wyciągnął łeb w moją stronę i trącił w ramię. Uśmiechnęłam się i zmierzwiłam mu grzywkę na czole. Wzięłam kantar z kołka na siodło i założyłam go na głowę Rugged’a. Odsunęłam zasuwę w boksie, równocześnie popychając konia do tyłu, żeby nie wyszedł. Nie jest to typ konia, który uciekałby z boksu, ale jednak wolałam zapobiegać. Rzuciłam okiem na konia, chwyciłam za kantar i wyprowadziłam go ze stajni. Szedł grzecznie obok mnie, mimo że wszystkie konie były na pastwiskach i na pewno chętniej biegałby teraz z nimi, niż chodził pod siodłem na treningu.
Przywiązałam go do koniowwiązu i zostawiłam na chwilę. Poszłam do siodlarni po szczotki, siodło i ogłowie. Wałach nie był brudny, więc wystarczyło kilka ruchów zgrzebła i już był gotowy do zakładania siodła. Założyłam je delikatnie na grzbiet konia i zapięłam popręg. Następnie wzięłam do ręki ogłowie, odpięłam kantar i założyłam je na głowę konia, zapinając kantar na jego szyi. Zapięłam podgardle i nachrapnik i znów zostawiłam Rugged’a na chwilę samego. Odniosłam szczotki i przyniosłam toczek i palcat ujeżdżeniowy. Założyłam toczek i odpięłam Rugged’a. Opuściłam strzemiona i podciągnęłam popręg. Włożyłam nogę w strzemię i usiadłam na siodle. Rugged grzecznie stał w miejscu, mimo że wodze były kompletnie luźne. Podciągnęłam jeszcze popręg o dwie dziurki, wzięłam wodze w rękę i ruszyliśmy stępem w dół, żeby dotrzeć na ujeżdżalnię z przeszkodami, a z niej na łąkę. Rugged grzecznie przeszedł obok dwóch pastwisk [stajennych koni i wałachów], nie robiąc żadnego problemu. Wjechaliśmy na łąkę, gdzie od razu narzuciłam wałachowi dość żwawe tempo stępa. Rugged od razu opuścił głowę i podstawił zad. On jest w ogóle tak zupełnie inny od reszty moich koni. Idealnie reaguje na wszystkie pomoce, sam się ustawia, słucha się…
Zaczęłam robić z nim wolty, pilnując wygięcia i tempa. Koń na początku był lekko spięty, ale już za drugim razem rozluźnił się na tyle, że wystarczyły naprawdę lekkie sygnały, żeby spełnił moją prośbę. Zaczęłam od szerokich wolt i stopniowo przechodziłam do coraz mniejszych. Rugged podporządkował się zupełnie mojej ręce i można powiedzieć, że miałam go w małym palcu. Uwielbiam, kiedy taki jest.
Po 10 minutach rozgrzewki w stępie na obie strony przyłożyłam łydki dając sygnał wałachowi do zakłusowania. Ruszył od razu, nie zmieniając pozycji głowy. Pozwoliłam mu na razie iść własnym tempem [czyli średnio szybkim]. Rugged szedł luźno. Poluzowałam trochę wodze, żeby nie mieć go na takim mocnym kontakcie. Przekłusowaliśmy jedno kółko na luźno, a potem wzięliśmy się do pracy. Przede wszystkim zrobiłam z nim na rozgrzewkę kilka wolt. Tym razem nie było żadnych zawahań, wałach szedł wspaniale. Następnie dodałam skracania i wydłużania kłusa. Na początku na krótkich ścianach skracałam, na długich wydłużałam. Następnie robiłam coraz więcej takich przejść w krótszym czasie. Na początku Rugged trochę się gubił, ale jak tylko zaczynało mu się plątać pozwoliłam mu kłusować przez dłuższy czas równym tempem, po czym zaczynałam od nowa. W końcu doszło do tego, że wałach mógł zrobić 3 kroki wyciągnięte, po czym skrócić kłus, zrobić 3 kroki i znów wyciągnąć. Rugged dziś mnie pozytywnie zaskakiwał. Mimo niedawnej kontuzji zachowywał się wspaniale. Również jego zaangażowanie w trening było godne podziwu. Przeszłam na chwilę do stępa, ale nie po to, żeby odpocząć. Na to jeszcze nie czas. Ustawiłam wałacha na długiej ścianie i za pomocą lekkiego ruchu wewnętrznej wodzy i łydki nakłoniłam go do wygięcia głowy do środka. Rugged ma to ćwiczenie opanowane do perfekcji, więc od razu zrozumiał o co mi chodzi. Zrobiliśmy to ćwiczenie w dwie strony, wyginając się do środka i na zewnątrz, na czym poprzestaliśmy. Nie chciałam męczyć konia monotonnymi ćwiczeniami. Znów ruszyliśmy kłusem i znów ćwiczyliśmy wygięcie głowy. Rugg również to miał opanowane, więc nie było po co się tu zatrzymywać. Po przekątnej zmieniłam kierunek. Na następnym zakręcie usiadłam w siodle i dałam Rugged’owi sygnał do zagalopowania. Było dość ślisko z powodu błota, więc pozwoliłam mu tylko na bardzo wolny galop. Czułam, że chciałby się rozpędzić, ale mimo to pozostawał pod moją kontrolą z własnej woli. Zrobiłam z nim dwie wolty, po czym wjechałam na przekątną, na której poprosiłam wałacha o zmianę nogi. Za pierwszym razem się nie udało, więc wzmocniłam pomoce i tym razem było już dobrze. W drugą stronę również porobiliśmy kilka wolt, po czym przeszliśmy do kłusa. Poluzowałam wodze [trzymałam je za samą końcówkę] i pozwoliłam bułanemu iść własnym tempem. Koń wyciągnął szyję i wydłużył krok. Pogłaskałam go po szyi. Byłam na prawdę zadowolona z jego dzisiejszej pracy.
Przekłusowaliśmy jeszcze 2 kółka, po czym zatrzymałam go na środku placu i zsiadłam. Niestety Rugg jest bardzo oporny w nauce spokojnego stania, kiedy jeździec otwiera bramę z jego grzbietu, więc niestety musiałam zsiąść, otworzyć bramę, wyprowadzić konia i znów wsiąść.
Jechaliśmy na luźnej wodzy w stronę stajni. Tam zsiadłam z konia i zdjęłam siodło. Wałach nie był mokry, więc tylko wyczyściłam mu kopyta i zaprowadziłam na pastwisko.
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz