Jeździec: Esmeralda
Dyscyplina: teren
Czas: 2 godziny
Siedziałam w biurze zagrzebana pod tonami papierów. Właśnie byłam mniej więcej w 1/4 pracy, kiedy coś mnie tknęło i spojrzałam na zegarek. Prawie piąta. Miałam dziś potrenować z Draco, a zaczęło się ściemniać. Rzuciłam wszystko na biurko i poszłam do siodlarni. Zabrałam szczotki i ogłowie Draca. Wałach stał na pastwisku, więc wzięłam też kantar z uwiązem i poszłam po niego. Draco, gdy tylko mnie zobaczył, ruszył stępem w moją stronę. Chyba nie miał nic innego do roboty. Biedaczek czuje się bardzo samotny. Ale trochę jeszcze potrwa, zanim kupię drugiego konia. Ale myślę na razie o psie… Założyłam kantar Draculi i przypięłam do niego uwiąz. Wałach zaczął domagać się cukierków, więc dałam mu jednego. Przekupiony cukierkiem Draco szedł grzecznie za mną na luźnym uwiązie. Gdy doszliśmy do stajni, zaprowadziłam Draco do boksu i zdjęłam kantar z uwiązem. Odniosłam to do siodlarni i przyniosłam szczotki. Dracula był cały w błocie, więc czyszczenie trochę mi zajęło. Draco cały czas się wiercił. Brutalnie domagał się cukierków, próbując dla zabawy ugryźć mnie. Jednak ja nie zwracałam na to uwagi. Już się przyzwyczaiłam. Czyściłam go dość długo ze względu na błoto. Draco jak zwykle trochę się wkurzał przy czyszczeniu kopyt. Ale dziś było dość dobrze. Po skończonym czyszczeniu założyłam mu ogłowie i na chwilę zostawiłam w boksie z zabezpieczonymi wodzami. Szybko założyłam toczek i buty. Wróciłam do konia i wyprowadziłam z boksu. Draco był strasznie podniecony i nie potrafił ustać w miejscu, kiedy próbowałam na niego wsiąść. Kręcił się w kółko i machał głową. Na szczęście udało mi się go dosiąść. Draco od razu zesztywniał i ruszył energicznym stępem naprzód. Stwierdziłam, że pojedziemy w teren. Draco szedł o wiele za szybkim stępem, niż powinien. Ale znając jego naturę, próby przyhamowania skończyłyby się zadartą głową i jeszcze szybszym chodem. Gdy znaleźliśmy się poza terenem stajni, Draco ożywił się jeszcze bardziej. Tym razem jednak musiałam go przytrzymać. Wjechaliśmy do lasu. Jeszcze przez kilka minut stępowaliśmy. Jednak musiałam trzymać wodze na kontakcie, żeby był to stęp. Po krótkiej rozgrzewce przyłożyłam łydki do boków wałacha. Dracula ruszył szybkim, sprężystym kłusem. Uszy miał postawione maksymalnie do przodu, jakby chciał wyłapać jak najwięcej dźwięków z otoczenia. Draco cały czas próbuje zrobić mi na złość i przejść do galopu. Nie pozwalam mu jednak na to. Siadam mocniej na jego grzbiecie i ściągam wodze. To działa. Przed nami rozstaje dróg. Postanowiłam skręcić w lewo. Jest tam kilka pagórków. Potrenujemy podjazdy i zjazdy, zanim zaczniemy skoki. Gdy górki były już blisko, pogoniłam Draco do galopu. Był tak szczęśliwy, że strzelił kilka baranków. Gdy się uspokoił, ruszyliśmy na górkę. Draco poradził sobie świetnie. Nawet nie zwolnił. Bez zatrzymania kazałam mu zejść na dół również galopem. Nie powinno się tego robić, ale koń rajdowy powinien to umieć. Ciężka sprawa. Draco rozpędził się po zjeździe i nie mogłam go zatrzymać, więc w galopie zrobiliśmy w tył zwrot i najechaliśmy na górkę jeszcze raz od drugiej strony. Tym razem było już lepiej. Wałach pozwolił się zwolnić do kłusa po zjeździe. Zrobiłam zwrot w kłusie i najechaliśmy na górkę jeszcze raz. Tym razem w kłusie. Jednak na zjeździe Draco ruszył galopem i nic nie dało rady zatrzymać go. Na moje szczęście ma wygodny galop i udało mi się nie spaść. Ruszyliśmy dalej kłusem. Jeśli górki nie sprawiają mu takiej trudności, to spróbujemy poskakać. Zboczyłam ze ścieżki i pojechaliśmy stępem w głąb lasu. Postanowiłam poszukać jakieś polany, gdzie ustawimy przeszkodę z jakiś patyków. Dość długo włóczyliśmy się po lesie. Nie obyło się bez spłoszeń, ale ogólnie byłam zadowolona z mojego wierzchowca. Czasem tylko mu odbijało. W końcu (po 20 minutach błądzenia) znaleźliśmy polankę. Zatrzymałam Draco i zsiadłam z niego. Po krótkim namyśle przywiązałam go do drzewa. Kiedy Kary stał, ja budowałam przeszkodę o wysokości prawie pół metra (na oko). Przeszkoda złożona z dwóch kamieni i patyka nie była może bardzo trwała, ale na kilka skoków wystarczy. Będę tylko musiała uważać, żeby nie strącić jej nogami… Odwiązałam konia i wsiadłam na niego. Niestety musiałam przerwać jakże interesujące zajęcie, jakim jest obgryzanie kory z drzewa. Czasem inteligencja mojego konia mnie powala. Ale i tak jest najkochańszy na świecie. Ruszyliśmy kłusem i najechaliśmy na przeszkodę. Draco odbił się w dobrym miejscu i ładnie przeskoczył. Jednak stwierdził, że skoki to fajna zabawa i zaczął walić z zadu zaraz po przeszkodzie. Nie przejęłam się tym. Zrobiłam woltę i najechałam jeszcze raz. Znów kłusem. Tym razem Draco już przestał cieszyć się. Jeszcze kilka razy skoczyliśmy przeszkodę z galopu i stwierdziłam, że wystarczy. Poklepałam mojego rumaka po szyi i dałam mu cukierka za dobrze wykonaną pracę. Trening trwał już dość długo, więc postanowiłam wrócić już do stajni. Po drodze wchodziliśmy i schodziliśmy z górek (stępem i kłusem). Draco był już chyba trochę zmęczony, bo przestał pragnąć galopu. Ostatnie 10 minut jazdy odbyło się na luźnej wodzy. Gdy dotarliśmy do stajni, zatrzymałam hucuła przed budynkiem i zsiadłam z niego. Dałam mu jeszcze jednego cukierka i zaprowadziłam do boksu. Nie zdejmując ogłowia wyczyściłam go całego i zaprowadziłam na pastwisko. Pierwsze, co zrobił Draco, to położył się i dokładnie wytarzał… w błocie. Następnie wstał i ruszył dzikim galopem strzelając z zadu. Uśmiechnęłam się patrząc na szaleństwa mojego konia. Jednak nie był zmęczony. Ani trochę. Odniosłam ogłowie i szczotki do siodlarni i powróciłam do papierów.
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz